pil Szwecja / Nowiny / 2014 / ... Szwecja.net
 

Piątek, 25 nmaja 2014 r.   01160

Moroszka i szczupaki

Część 1.   / Cz. 2. / Cz.3.

Moja dziesiąta podróż po krajach skandynawskich to połączenie pracy i wypoczynku. Opisywanie każdego z 57 dni pobytu w Szwecji i w Norwegii byłoby zbyt nudne. Dlatego też, szanując czas swoich potencjalnych czytelników, przedstawię tylko nieco charakterystycznych obrazków z tego wyjazdu.

Załoga

Najpierw słów kilka o załodze. W sumie było nas trzech. Nigdy wcześniej o sobie nie słyszeliśmy. Kontakt nawiązaliśmy przez Internet. Spiritus movens całego przedsięwzięcia był Łukasz spod Kamienia Pomorskiego. Najpierw ustalił on plan wyjazdu z Piotrem spod Golubia-Dobrzynia, a potem zwrócił uwagę na moje ogłoszenie o chęci zbierania moroszki i wkrótce dokooptował mnie do ekipy. Wyjazd zaplanowaliśmy na 24 lipca, a miejsce zbiórki u mnie, w Gdańsku.

W poniedziałek 23 lipca przed ósmą przyjeżdża Łukasz – wysoki, szczupły brunet. Sprawia sympatyczne wrażenie. Robimy zakupy spożywcze, potem wypijamy po dwa piwa, jemy obiad i czekamy na Piotra. Ten przyjeżdża po szesnastej. Wygląda na nieco nieśmiałego i zagubionego, ale potem trochę się rozkręca. Jego golf jest malutki, więc z trudem upychamy swoje klamoty na długi wyjazd do Szwecji. Wieczorkiem zwiedzamy centrum Gdańska i w ramach integracji wypijamy po dwa specjale z "kija".

Jeden z moich współtowarzyszy podróży jest po UAM w Poznaniu, a drugi po UMK w Toruniu. Ich łączny wiek nie przekracza ilości lat przeżytych przeze mnie, choć przecież nie jestem matuzalemem. Na użytek tej relacji jednego nazwałem Intelekcik, drugiego zaś Roztropek. Mam nadzieję, że uzasadnienie dla tych ksywek da się bez trudu wyłuskać z dalszych fragmentów, a sami bohaterowie nie będą mieli mi ich za złe.

nic Ireneusz Gębski

Ireneusz Gębski

 

  

Cumy zostały rzucone

Z Gdyni wypływamy we wtorek porannym promem Stena Spirit. Pogoda świetna, nastroje też, choć Roztropek trzyma się nieco z boku. Nie obserwuje ani nie bierze udziału w grach i zabawach organizowanych przez animatorów Stena Line. Ja osobiście wykupuję los za 5 złotych i wygrywam tubę z sześcioma rolkami dropsów.

Do nabrzeża w Karlskronie dobijamy o 19.30. Zjeżdżamy z promu i bez zwłoki ruszamy w kierunku Sztokholmu. Roztropek prowadzi auto jedną ręką, ale przestrzega przepisów i jedzie dość pewnie. Obok niego siedzi Intelekcik, więc to na niego spada rola pilota. Nie jest to trudne, gdyż sam wcześniej rozpisałem dokładnie trasę z podziałem na numery dróg i nazwy mijanych miast. Po około sześciu godzinach jazdy zaczynamy rozglądać się za miejscem na nocleg. Po ciemku nie jest to prosta sprawa, ale przed drugą w nocy udaje się nam znaleźć zaciszne miejsce na rozbicie namiotów. Jest to jakaś wioska położona około 60 kilometrów przed stolicą Szwecji.

Po pięciu godzinach snu zwijamy namioty i jedziemy prosto do Norsjö. Na kemping w Norsjövallen docieramy przed dziewiętnastą, pokonując łącznie 1313 km. W recepcji pustki, a przy domkach tylko jeden samochód z polską rejestracją. Ani śladu skupu runa leśnego. Potwierdza się zatem informacja, że sezon w tym roku opóźni się. Przyjechaliśmy więc za wcześnie. A skoro tak, to szkoda pieniędzy na kemping. Postanawiamy poszukać innego miejsca do spania. Los nam sprzyja, gdyż już po przejechaniu 14 kilometrów natrafiamy na idealną lokalizację. Jest to wzgórze, na którym znajduje się ośrodek narciarski Solia. Rozciąga się stąd piękny widok na jezioro Norsjön, wioskę Arnberg i dalsze okolice.

Szwecja, Jezioro Norsjön, widok ze wzgórza Solia

Jezioro Norsjön, widok ze wzgórza Solia,

Latem jest tu praktycznie całkiem pusto, więc nikt nie powinien zakłócać nam spokoju. Na zewnątrz budynku stołówki znajdujemy gniazdka z prądem, więc nie ma problemu z ładowaniem baterii czy korzystaniem z czajnika elektrycznego. Są także toalety. Jedyny mankament to brak wody, ale tę możemy przecież przywozić w butelkach. Rozbijamy zatem namioty niemal pod samym wyciągiem.

Kolejnego dnia jedziemy do Norsjö. Miasteczko jest niewielkie, więc dość szybko orientujemy się, gdzie znajdują się supermarkety Ica i Konsum, urząd gminy, punkt informacji turystycznej, kościół, biblioteka, sklep wędkarski i zakład wulkanizacyjny. Wymieniam te miejsca nie bez kozery, gdyż z każdym z nich będziemy mieli do czynienia.

Szczupaki

Po obchodzie Norsjö wyjeżdżamy szukać terenów, na których rośnie moroszka. Mamy mapy z zaznaczonymi bagnami, więc nie jest to trudne zadanie. Szutrowymi drogami przemierzamy okolice Bjursele i Hemmingen. Natrafiamy na kilka polan z dobrze zapowiadającymi się plonami hjortronu. Niestety, maliny są jeszcze niedojrzałe, niektóre wręcz w fazie pączkowania.

Po południu idziemy nad jezioro Norsjön na pierwsze wędkowanie. W bardzo krótkim czasie Intelekcik łowi trzy szczupaki. Wspólnie z Roztropkiem usuwamy z nich łuski i czyścimy je. Po wdrapaniu się na nasze wzgórze rozpalam ogień w specjalnym pojemniku i zaczynamy smażyć zdobycz. W tym miejscu dopowiem, że solidarnie dzieliliśmy się tak rybami, jak i pracą przy ich przyrządzaniu przez około trzy tygodnie. Potem wszystko się zmieniło…

Szwecja, pierwszy szczupak

Łukasz ze swoją zdobyczą.

 

Szwecja, anonse1

 

Szwecja, anonse1

 

  

Maliny

Następnego dnia zaczęliśmy zbierać moroszkę. Przez cztery godziny zebrałem wiadro niedojrzałego "jurtonu". Teraz trzeba było go wyszypułkować, a to trwało znacznie dłużej, bo aż do późnych godzin wieczornych. Wyczyszczone maliny pozostawało już tylko odstawić na kilka dni do dojrzewania. Czynności te powtarzaliśmy jeszcze przez wiele dni. Ku mojemu zaskoczeniu Łukasz i Piotr, a zwłaszcza ten ostatni, zbierali znacznie szybciej i więcej ode mnie. Miało to oczywiście swoje przełożenie na wyniki finansowe całego wyjazdu.

Ostatniego dnia lipca dowiedzieliśmy się, że ruszył już skup moroszki, a jej cena wynosi 100 koron za kg. Bardzo mnie to ucieszyło, gdyż od kolegi Sławka wiedziałem, że w Storuman płacą tylko 70 koron. Nazajutrz spakowaliśmy więc nasz urobek do sześciu wiader i pojechaliśmy na skup. Prowadzi go Charlie Johansson, który jednocześnie jest szefem kempingu. Przy skupie osobiście rzadko się udziela, wyręczając się Polakami. Wagowym jest pan Andrzej (moi koledzy nazywają go "pan z wąsikiem"), a kasę obsługuje jego syn Paweł. Niestety, moje i Łukasza maliny zostają uznane za niedojrzałe i nie są przyjęte. Musimy więc jeszcze kilka dni się z nimi "pobujać".

Szwecja, moroszka

Każde takie wiadro może być warte około 500 złotych.

Konkurencja

Zbieramy przede wszystkim w okolicach Hemmingen. Coraz częściej zdarza się nam spotkać tam Tajlandczyków. Przyjeżdżają busami, w których jest ich 7-8. Błyskawicznie przemierzają polany z moroszką, czyniąc spustoszenie porównywalne z przejściem tornado. Są przy tym uprzejmi i mile się uśmiechają. Ba, jeden z nich, mijając się ze mną, podał mi rękę i pokazał wspaniałomyślnie, gdzie zostało jeszcze trochę owoców hjortronu. Podobno przyjechało ich w tym roku do Szwecji sześć tysięcy. Całkiem możliwe, gdyż tylko w okolicach Norsjö widziałem bodajże 7 busów.

 

Szwecja, anonse1

  

Zaginiony

Na poszukiwanie moroszki jeździliśmy także w okolice Holmträsk, około 40 km od naszej bazy. Tam właśnie wystąpił pierwszy przypadek zagubienia się. Pech chciał, że padło właśnie na mnie…

Od samochodu na miejsce zbiorów szło się około godziny, w tym blisko połowę nasypem kolejowym. W drodze powrotnej pomyliłem kierunki i zszedłem z torów na niewłaściwą stronę. Szedłem przed siebie ponad godzinę, przekonany święcie, iż zbliżam się do auta. Po jakimś czasie zorientowałem się jednak, że topografia terenu odbiega nieco wyglądem od tego uprzednio przemierzanego. Wysłałem zatem esemes o treści: "Zabłądziłem. Idę 2 godziny drogą szutrową i szukam asfaltowej z drogowskazem." Łukasz zapytał: "Na drodze szutrowej mijałeś jakieś jezioro?" W rozmowie telefonicznej potwierdziłem, że mijałem jeziorko i most na rzece. Wtedy Łukasz zorientował się na podstawie mapy, w którym miejscu, mniej więcej, przebywam.

Po dalszych trzydziestu minutach auto moich współtowarzyszy zatrzymało się obok mnie. Ja miałem odciski na piętach od długiego marszu w gumiakach po szutrze, z wiadrem moroszki w ręku, zaś prawa tylna opona golfa złapała pospolitego kapcia. Wulkanizacja kosztowała nas 200 koron (w ramach wdzięczności za odnalezienie postawiłem kolegom sześciopak imitującego piwo napoju pod nazwą Tingsryd). Podobny przypadek mieliśmy jeszcze raz, podczas zbioru jagód, gdy po natknięciu się na Tajów wycofywaliśmy się na główną drogę. Tym razem poszła guma w lewym przednim kole.

Zaginiony II

Ofiarą drugiego zagubienia się był Piotr. Miało to miejsce w okolicy Hemmingen. Kiedy nie stawił się o umówionej godzinie pomyśleliśmy, że pochłonęły go zbiory moroszki i cierpliwie czekaliśmy. Po przeszło godzinie zadzwonił jednak do Łukasza i przyznał, że się zgubił. Intelekcik, który widział go ostatni, poradził mu aby kierował się na prawo od miejsca, w którym się spotkali. Po kolejnej godzinie otrzymałem esemes o treści:

"Podziękuj Łukaszowi za to "w prawo". Wie gdzie może wsadzić swoje rady."

Popatrzyliśmy z Łukaszem na siebie i pomyśleliśmy chyba to samo: jak można komuś pomóc, skoro ten ktoś przyjmuje tak roszczeniową postawę… Pewnie dlatego, a może z nudów, Łukasz wziął siekierę i ściął brzozę o średnicy przynajmniej piętnastu centymetrów. Doskwierało nam łaknienie i pragnienie, ale nie mieliśmy możliwości dobrania się do zapasów, które były zamknięte w aucie. Pokrzepialiśmy się tylko niedojrzałymi porzeczkami i resztkami ciastek sezamowych, jakie zaplątały się w kieszeni mojej kurtki.

Piotr odnalazł w końcu właściwą drogę, ale trwało to ponad pięć godzin. Zmachany był okrutnie, ale krzepko dzierżył w dłoniach dwa wiadra urobku. Spotkaliśmy się z nim kilkaset metrów od samochodu. Pomogłem mu nieść urobek.

c.d.n.

 

Szwecja, anonse1

  

 

   
 

Ireneusz GębskiIreneusz Gębski
ireneuszgebski@gmail.com


 

 Isiążki Ireneusza GębskiegoSzwecja, książki Ireneusza Gębskiego,

 

http://szwecja.net/NOW/fs-now/2014/ig-moroszka1.html