pil Szwecja / Nowiny / 2014 / ... Szwecja.net
 

Sobota, 8 lutego 2014 r.   00792
Tekst i zdjęcia: Hanka Jefimowicz

Wspomnienie Bornholmu

Koleżanka żeglując po południowym Bałtyku zawinęła do portu Rønne na Bornholmie. Krótki spacer po miasteczku zachęcił ją do powrotu tu na dłużej. Szczęśliwie znalazłam się w pięcioosobowej ekipie, która po roku wróciła na Bornholm, by spędzić wakacje na wyspie na rowerach. Dla mnie był to pierwszy raz w Skandynawii.

Co nas czeka?

Koncepcja wyprawy jest jasna i prosta: w ciągu tygodnia objechać wyspę dookoła z południa na północ. Zrobić 240 km na rowerach z pełnymi sakwami, wzdłuż wybrzeża i jak się da – to wjechać jeszcze w głąb wyspy no i czmychnąć na jeden dzień na Christiansø.

Poszczególne odcinki naturalnie wyznaczają miasteczka: Rønne – Sandving-Allinge – Gudhejem- Svaneke – Nexø –Dueodde – Rønne. Połączone są doskonale utrzymanymi ścieżkami rowerowymi, zwanymi cykelvej. Warunki dyktować będzie oczywiście pogoda.

Spokojny 5-cio godzinny rejs promem na trasie Świnoujście – Rønne łagodnie wprowadza nas w wakacyjny nastrój i klimat Bornholmu.

Drugie oblicze wyspy

Wizyta w kasynie na promie owocuje wygraną! 150 koron duńskich pieszo nie chodzi. Jak się potem okaże – wystarczy z nawiązką na rejs na Chistiansø. Uświadamia nam także, że Bornholm ma drugie oblicze.

"Raj", "Wyspa słońca", "Perła Bałtyku" to tylko nieliczne określenia jednego z piękniejszych miejsc na mapie Europy – Bornholmu. Skoro tak, to jest to miejsce spotkań tysięcy ludzi, którzy chcą tu spędzić swoje szalone wakacje. Dla wielu z nich wystarczają plaże, dyskoteki, nocne kluby. Nam – nie. Ruszamy więc na rowerową przygodę.

nic Hanka Jefimowicz

Hanka Jefimowicz.
Więcej o autorce...

 

 

Bornholm, Hammershus.

Hammershus – ruiny najsłynniejszej budowli Bornholmu.

  

Hammershus – pierwsze zaskoczenie

Te stare ruiny są najsłynniejszą budowlą wyspy, największe w północnej Europie. Zamek zbudował w 1255 roku arcybiskup Lundu wysoko na masywie skalnym na północno – zachodnim cyplu wyspy. Dla nas oznacza to długi stromy podjazd na rowerach z pełnymi jeszcze sakwami, już pierwszego dnia z Rønne do Sandving. Jasne, że nie dajemy rady. Większą część trasy …prowadzimy a raczej pchamy rowery pod górę. Pot leje się strugami. Jak na ironię jest piękna, słoneczna pogoda. Małą ulgę przynoszą odcinki trasy poprowadzone przez las.

Zamek był praktycznie nie do zdobycia z lądu jak i morza. Stąd przez 400 lat rządzili wyspą bezwzględni szwedzcy zarządcy aż do roku 1658, kiedy to wybuchło powstanie rodzimej ludności, zastrzelono szwedzkiego komendanta i Bornholm wrócił do Danii.

Hammershus, nie bez trudu, zdobyliśmy i my. Z dużym zaciekawieniem spacerujemy między poszczególnymi częściami zamku. Z tabliczek informacyjnych dowiadujemy się o ich funkcjach. Podstawowym tu wyposażeniem były kusze, topory, miecze, katapulty. A jak surowe było prawo dowodzą szkielety straconych osób przez ścięcie głowy, którą potem umieszczano pomiędzy nogami ofiary. Opowiada o tym miejscowa wystawa, na której obecność jest obowiązkowa.

Uff, ukojenie przynoszą niesamowite, panoramiczne widoki na morze. Wciąż jesteśmy w tej części wyspy, gdzie wysokie skaliste klify stromo opadają wprost do morza.

  Bornholm, Hammershus, podjazd.

"Podjazd" na Hammershus.

  

Śledzie i wędzarnie

Kolejny etap prowadzi do niewielkiego, zamieszkałego przez niespełna 1000 mieszkańców, Gudhjem. Miasteczko jest pięknie położone na granitowej skale. Krętymi wąskimi uliczkami dojeżdżamy do rybackiego portu a stąd już blisko do... wędzarni śledzi. Ich charakterystyczne kominy pięknie wpisują się w krajobraz miasteczka.

Wędzarnie mają długą tradycję – osada była pierwszą, która zaczęła wędzić śledzie i eksportować je na kontynent. Są wśród nich takie, które wędzą śledzie tylko na własny użytek, ale i takie, które są źródłem zarobku. Kierujemy się za niebieskim dymem i nie odmawiamy sobie przyjemności jedzenia śledzi paluchami. Śledzie są jeszcze ciepłe, tłuste i bardzo smaczne, pachnące dymem.

To niewielkie miasteczko słynie i z tego, że ma drugi port. Stąd wypływa się na Christiansø.

Christiansø – stara forteca

Dwie maleńkie duńskie wysepki – Christiansø i Frederiksø – w odległości około 10 Mm na północ od Bornholmu, tworzą cywilną instytucję zwaną "Wyspami" w przeciwieństwie do "Lądu" jakim jest Bornholm (!?) Znajdują się pod protektoratem Duńskiego Ministerstwa Obrony. Ze wszystkimi więc honorami – w tym ze zmianą bandery – wpływamy do portu. Od razu czujemy, że znaleźliśmy się w innym świecie. I to bez rowerów. Te zostawiliśmy w Gudhjem.

Mimo, iż to stara forteca, wybudowana przed wojną, to nie jest to open-air museum. Tworzy natomiast życiową przestrzeń dla 100 osobowej społeczności, żyjącej w pokoju według starych zasad, daleko od współczesności.

Na Wyspach wszystko jest pod ochroną: forteczne mury, budynki, przyroda. Mieszkańcy wynajmują stare chylące się domki od Ministerstwa Obrony. Nie można zmieniać ich zewnętrznego wyglądu, można unowocześniać tylko wnętrze. Nie buduje się nowych.

Połączenie z Lądem tylko morskie i tylko w dni robocze, zależne od pogody, a w szczególności wiatru. Zimą natomiast kursuje tylko jedna stara łódź "Peter". Dzieci chodzą do tutejszej szkoły tylko do siódmej klasy włącznie. Kontynuują naukę najczęściej na Zelandii. Na Wyspach jest kościół, przychodnia lekarska i dentystyczna, poczta i... własna elektrownia. Wodę pitną gromadzi się w specjalnych granitowych rezerwuarach i bardzo się oszczędza. W toaletach używa się wody morskiej.

Bornholm,

Christiansø.

Podstawowym zajęciem ludności jest rybołówstwo a w sezonie letnim- także obsługa turystów. Przybywa ich tu około 80 tys. rocznie. Muszą przestrzegać dziewięciu zasad, specjalnie dla nich ustanowionych: jednorazowo może przybyć ich ograniczona liczba (ilu konkretnie – nie wiadomo), nie można przywozić psów, kotów i roślin. Chodzenie po murach jest zabronione. Należy zabierać ze sobą własne śmieci, nie wolno zrywać i zabierać roślinności, ptasich jaj i piór.

Wolno rozbić namiot tylko na campingu. Można podziwiać przyrodę: niezliczoną ilość ptactwa, oddychać morskim powietrzem, przyglądać się życiu mieszkańców. Mówi się, że spacerując tu latem po wyznaczonych ścieżkach, spaceruje się w Edenie. I to jest akurat prawda. Dzięki glebie sprowadzonej z Bornholmu i miejscowemu klimatowi porównywalnemu z południowo-europejskim. Granitowe skały absorbują letnie ciepło, które potem promieniuje i jest wykorzystywane kiedy owoce – lokalne figi – dojrzewają w sierpniu i wrześniu. Zagrażają im tylko letnie sztormy.

Jednym słowem – raj nie forteca.

  Bornholm, Gudhjem.

Gudhjem – po wędzonych śledziach przed wedzarnią.

 

Szwecja, anonse1

 

  

Zmiana w krajobrazie

Opuszczając Gudhjem wybieramy cykelvej na południe do Østerlars i dalej do Almindingen. Uroku dodają wiatraki w stylu holenderskim i białe roundkirchen. Cztery małe, ale masywne kościółki-rotundy o pobielanych wieżach i czarnych, stożkowatych dachach są charakterystyczne dla krajobrazu Bornholmu. Zbudowane w XII i XIII wieku, mają metrowej grubości granitowe mury. Służyły nie tylko jako miejsca kultu religijnego, ale także jako fortece, dobrze spełniając swą funkcję w ciągu długich stuleci wojen.

We wsi Østerlars znajduje największy z tych kościółków. Robi on rzeczywiście wrażenie. Już samo wejście do wnętrza ukazuje jego grube na ponad metr ściany. Surowe wnętrze teraz ożywiają biało-zielone bukieciki. Trwają właśnie przygotowania do ślubu, co świadczy, że kościół jest ciągle czynny i służy wiernym.

Bornholm, Østerlars, Almindingen, holenderski wiatrak.

Holenderski wiatrak na Bornholmie.

Rytterknagden – najwyższy punkt Wyspy

Realizujemy kolejny punkt naszego planu. Zapuszczamy się w głąb wyspy, pedałując przez wielkie wrzosowiska a potem przez las. Nic dziwnego dotarliśmy do Alimindingen. A to oaza zieleni – wielki duński las. Jak wielki? Możemy to ocenić z wieży widokowej, Rytterknagden. Mimo, iż wieża służy także marynarce (dużo radarów) wdrapujemy się po dziesiątkach schodów na wysokość 162 m i co widzimy? Morze... zielonego lasu i po raz pierwszy tu nie widzimy prawdziwego morza… A to raczej trudne na Bornholmie.

W Brændesgårdshaven jak dzieci

Pod tą długą, trudną do wymówienia, nazwą kryje się jeden z najpiękniejszych parków zabaw i to ze zwierzętami. Jak się okazuje nie tylko dla dzieci. Jest kombinacją olbrzymiego ogrodu pełnego kwiatów z wesołym miasteczkiem, placem zabaw i główną atrakcją – basenami z różnorodnymi zjeżdżalniami. Czas więc na relaks: spacery po ogrodzie, obserwacje gibonów, wodne masaże i inne takie szaleństwa. Tu spełniamy nasze wszystkie sny i marzenia z dzieciństwa. Największy fun mamy zjeżdżając z krętego tunelu wprost do basenu głębokiego na 1,35 m – jest przecież głównie dla dzieci!

Taki relaks, należy nam się. Tym bardziej, bo właśnie osiągnęliśmy półmetek naszego pedałowania po Bornholmie. Jesteśmy gdzieś między Svaneke a Nexø.

Bornholm, Brændesgårdshaven.

  , Bornholm, świątynia rotundowa – roundkirchen. Østerlars, świątynia rotundowa – roundkirchen.
  

Kierunek Nexø

W tych okolicach znajdują się najpiękniejsze z całej wyspy plaże. A my jak na ironię kolekcjonujemy... siniaki, zaliczając "upadły dzień". Najpierw Tesia upada na żwirową drogę. Kończy się opatrunkiem zdartego do krwi kolana. Potem ja zaliczam chaszcze. No cóż, rozluźnienie w parku zabaw nie wyszło nam na dobre.

Łapiemy równowagę zwiedzając Nexø. Drugie co do wielkości miasto Bornholmu jest pełne historii. Tu znany duński pisarz, Martin Andersen Nexø, spędził swoje dzieciństwo. W rodzinnym domu jest teraz izba jego pamięci.

Szczególnym rozdziałem w historii osady są sowieckie naloty w 1945 roku. Stacjonowały tu oddziały niemieckiej marynarki wojennej. Rosjanie zbombardowali Nexø 7 maja 1945 roku, na dzień przed kapitulacją Niemiec. Z około tysiąca domów tylko kilka nie zostało uszkodzonych. Większość dzisiejszych budynków jest powojenna, a także... darem od rządu szwedzkiego.

Po tej dawce historii udajemy się na plażę nad zatokę Balka, nieco na południe od miasta.

Wydmy Dueodde

Za Balką znajduje się Snogebæk, mała osada rybacka. Zatrzymujemy się bo ma niecodzienny charakter. Zaglądamy oczywiście do wędzarni ryb i… maleńkiej huty szkła, gdzie nabywamy szklane cudeńka w formie np. cukierka.

Ponad to, a może przede wszystkim, w Snogebæk ma swój początek jedna z najpiękniejszych plaż Europy: Dueodde z mnogością wydm i piaskiem białym jak śnieg. Przywodzi na myśl nasze rodzime wydmy łebskie i trudno się spierać, które piękniejsze.

Udajemy się na długi spacer. Poddajemy się urokowi tego miejsca odpoczywając długo na piasku. Rzeczywiście jest bielusieńki i drobny jak cukier. Wiatr rozwiewa nam włosy i jest pięknie jak nigdzie dotąd. Południowy Bałtyk zachwyca.

Pętla zamknięta

Po niezwykle emocjonującym, słonecznym tygodniu znowu jesteśmy w Rønne. Spacerując po jego starówce, odkrywamy miejsce, gdzie zginął dowódca wojsk szwedzkich okupujących Bornholm. Tak więc i pętlę historyczną też ,w pewnym sensie, udaje nam się zamknąć.

Spacerując dalej podziwiamy XIX-wieczne domy z charakterystycznego "muru pruskiego", w oknach których są małe galerie ceramicznych wyrobów. Pochodzą z wielu tu warsztatów ceramicznych.

Jednak największe wrażenie wywiera drewniany jacht z... 1858 roku, zacumowany w porcie. I nie jest to eksponat. Ciekawe do kogo należy?

W drodze na prom łapią nas krople deszczu. Są duże. Konkretne.

  Bornholm, Rønne, straówka.

Na starówce w Rønne.

 

Bornholm,

Pruski mur w Rønne.

 

  

 

   
 

HankaHanka Jefimowicz
hefi@amu.edu.pl

 

Więcej podróżniczych opowieści Hanki Jefimowicz:
- Nie tylko fiordy
- Trzy żywioły i niedźwiedź, Spitsbergen.

 

 

 

http://Szwecja.net/NOW/fs-now/2014/Bornholm.html