pil Szwecja / Nowiny / 2013 / ... Szwecja.net
 

Niedziela, 22 grudniaa 2013 r.   00521
Tekst i zdjęcia: Hanka Jefimowicz

3000 km od domu, 1100 km od bieguna i 800 km na północ od wybrzeży Norwegii leży Spitsbergen, największa wyspa Archipelagu Svalbard Wysokiej Arktyki.

 

Trzy żywioły i niedźwiedź Spitsbergen 2013.

Część 3/3.     cz.1. cz.2.

 

Ebba –dolina, rzeka, lodowiec, wodospady

Dolina Ebby jest najlepiej wykształcona doliną środkowego Spitsbergenu. Jej dnem płynie rzeka Ebba. Bierze początek wypływając spod lodowca Ebba, wykorzystując szczeliny. Potem niespodziewanie spada potężnymi wodospadami, także Ebba, ze wzgórz morenowych by rozlać się "warkoczami" na dnie doliny i utworzyć rozlewiska przy ujściu do Zatoki Petunia.

Na początku tej trasy wszystko wydaje się być bardzo blisko. Nic bardziej mylnego. To co na pozór jest blisko, w zasięgu ręki, oddalone jest o ponad trzy godziny marszu. Złudzenie optyczne to efekt przejrzystości powietrza. Kiedy udaje nam się podejść pod wodospady to znowu wrażenie jest niezwykłe. Woda spada z takim hukiem, spotęgowanym jeszcze spitsbergeńską ciszą, że nie słyszymy się nawzajem. Tworzy niezwykłe tu wodospady. Prawdziwe wodogrzmoty. Magiczne miejsce. Tym bardziej, że tuż obok, spod sąsiedniego lodowca Berttrand, woda spływa jedną tylko strugą.

nic Hanka Jefimowicz

Hanka Jefimowicz.
Więcej o autorce...

 

Dolina Ebby i "warkocze" rzeki Ebby

Dolina Ebby i „warkocze” rzeki Ebby.

Przy wodospadzie Ebba

Przy wodospadzie Ebba.

Na lodowcu Ebba

Na lodowcu Ebba.

  

Wystarczy zejść z pagórka morenowego potem wdrapać się na drugi i stąd już całkiem blisko na lodowiec Ebba. Właśnie na niego wkraczamy. Przejście przez lodowiec to duża frajda, ale trzeba uważać. Powierzchnia lodowca pokryta jest wodno-lodowa papką, mnóstwem szczelin i urokliwych kriokonitów (dziurek z kamykami).

Na tym etapie dzisiejszej wędrówki mamy jeszcze w planie wejście na Bastion (900 m n.p.m.).To jeden z trzech nunataków lodowca Ebba. Szybko jednak rezygnujemy bo załamuje się pogoda. Zaczyna wiać i padać. Zamiast na Bastion podchodzimy pod zamarły lodowiec. Kiedyś był częścią Ebbabreen ale ocieplenie klimatu sprawiło, że stracił kontakt z całym systemem lodowca.

W drodze powrotnej snujemy plany na jutro, ostatni dzień naszej wędrówki. Ma być pięknie no i trudno – tak abyśmy zapamiętali na zawsze. Takim miejscem jest lodowiec Sven, w Masywie Piramidy.

Jak u Hitchcocka

Rano okazało się, że nad rzekę wróciła niedźwiedzica z małymi. Diametralnie zmienia to nasze plany. Zamiast eksploracji lodowca Sven będą… jaskinie.

Jaskinie rozwijają się tutaj głównie w skalnych turniczkach na klifach, wskutek procesów wietrzeniowo-krasowych. W jaskiniach swoje gniazda budują ptaki. Jedynym całorocznym przedstawicielem jest pardwa górska. Reszta przylatuje na okres lęgowy. Liczne gatunki rybitw, wydrzyków, mew, alczyków lęgnie się właśnie na obszarach klifowych. Niektóre stada są bardzo liczne, do 2 mln. Nasz ostatni dzień spędzamy na ich obserwacji.

Po stromych zboczach pokrytych piargami podchodzimy do tzw. Wielkiej Japy. Nasza obecność wprowadza duże zamieszanie i niepokój wśród ptactwa. Pisklęta wydają niewyobrażalny skrzek a dorosłe szybują i pikują nad naszymi głowami, broniąc gniazd. Atmosfera jak z filmu Hichkoka. Nie bez żalu opuszczamy to trudno dostępne miejsce upajając się widokami na Billfjord, Zatokę Petunia, Masyw Piramidy. To ostanie takie widoki…

   

Widok na Zatokę Petunia z Wielkiej Japy

Widok na Zatokę Petunia z jaskini Wielka Japa.

  

Powrót do cywilizacji

Ranek przynosi totalne załamanie pogody. Niskie chmury i mgła spowiły cały Spitsbergen. – Tak wygląda koniec świata – żartuje nasz polarnik. A nam wcale nie do śmiechu.

Półtoragodzinny rejs przywraca nas do cywilizacji. Na razie tej spitsbergeńskiej. Wróciliśmy do Longyearbyen i... uświadamiamy sobie, że podczas 8-dniowego trekkingu nie spotkaliśmy nikogo, nie licząc młodych geologów z tutejszego Uniwersytetu. Właśnie mijamy jego siedzibę – nowoczesny budynek kształtem nawiązujący do bryły lodowca. Ładnie wpisuje się w surowy krajobraz miasta.

Sama uczelnia to konsorcjum trzech uniwersytetów z Oslo, Tromsø i Bergen. Naukowcy i studenci z całego świata realizują tutaj badania w zakresie geologii, biologii, nauk technicznych i humanistycznych. Można podjąć studia trwające od miesiąca do roku, ucząc się za darmo ale płacąc za utrzymanie.

Nasza uwagę zwracają także nowoczesne budynki szkoły i przedszkola. Głównie z powodu systemu barier i stalowych murów, nie do sforsowania przez niedźwiedzie. To najdalej na północ wysunięte placówki edukacyjne na świecie.

Kolorowe domki, sprowadzone z olimpijskiej wioski w Lillehammer, ożywiają koloryt górniczego miasta, jakim naprawdę jest Longyearbyen. Na otaczających stokach gór stoją rzędy drewnianych kozłów starych sztolni. Po ulicach przechadzają się ludzie z bronią i stada reniferów. Gołym okiem widać jak z osady górniczej miasto przekształca się w centrum turystyki Svalbardu.

Na około 80 tys. turystów, przybywających w ciągu roku na Svalbard, czekają atrakcje: zaprzęgi psów, skutery, kłady i rejsy łodziami pontonowymi a także kajakowe spływy po fiordach i oczywiście trekkingi po okolicznych lodowcach.

Dlatego też buduje się coraz więcej hoteli i restauracji. Najbardziej kultowa jest Kroa. Wybudowana w 1998 r. nawiązuje do historii Svalbardu. Do wystroju wnętrza wykorzystano drewno dryftowe i skóry reniferów. Na ścianach wiszą stare zdjęcia z czasów traperskich i portrety ludzi żyjących wtedy w Arktyce.

Jesteśmy tu i my. Zamawiamy cudownie wyglądający i smakujący, tym bardziej po liofilizatach, klippfisk – wędzony dorsz z grillowaną papryką, pieczoną cebulą , z puree w sosie maślanym okraszonym przysmażonym bekonem. Popijamy mac-polar – lokalne piwo z kapselkiem z białym misiem i… już zaczynamy tęsknić za nieskażoną naturą, lodowcami, które wg badań prowadzonych przez poznańskich polarników cofają się 40-60 m rocznie i niektóre z nich po prostu za kilkanaście lat przestaną istnieć. Być może to jest odpowiedź na pytanie po co tam pojechaliśmy…

   
  

Spitsbergen jest nasz

Opuszczamy tę niezwykłą wyspę ze śpiewem na ustach – Spitsbergen jest nasz, ta wyspa do nas należy – i to prawda. Mimo iż Archipelag Svalbard administracyjnie jest norweską prowincją w Arktyce, zarządzaną przez gubernatora rezydującego w Longyearbyen. Tak wynika z postanowień Traktatu Spitsbergeńskiego sygnowanego w Paryżu w 1920 r. przez 39 państw. Polska ratyfikowała go w 1931 r. więc… w pewnym sensie Spitsbergen jest nasz.

 

Trzy żywioły i niedźwiedź
Spitsbergen 2013

Część 1. Część 2. Część 3.

  

 

   
 

HankaHanka Jefimowicz
hefi@amu.edu.pl

   
 

 

 

http://szwecja.net/NOW/fs-now/2013/Spitsbergen3.html