Szwecja.net/+Info/Artykuły/Relacje/Wycieczka... 00927

Wycieczka

Wiadomość o tym, że zostałam laureatką konkursu Szwecja.net na relację z podróży do Skandynawii dotarła do mnie na kilka dni przed Bożym Narodzeniem 2005 i dostarczyła mi wiele radości. Nigdy w życiu nie otrzymałam tak wspaniałego gwiazdkowego prezentu! Jedna tylko myśl budziła mój lekki niepokój: perspektywa podróży promem. Słowo PROM kojarzyło mi się, bowiem z chorobą morską oraz filmami katastroficznymi, a wyobraźnia płatała złośliwe figle podsuwając obrazy przerażonych pasażerów tratujących się przy wsiadaniu do szalup ratunkowych lub miotających się rozpaczliwie w morskich odmętach. Moje wcześniejsze doświadczenia w podróżowaniu promem były dość skromne, właściwie prawie żadne. Obawy przed 18-godzinną przeprawą przez Bałtyk rosły w miarę jak zbliżał się termin wycieczki - 29 czerwca 2006.

 

lipiec 2006

Prom Scandinavia.

W końcu nadeszła godzina zero i w towarzystwie mojej siostry Kasi znalazłam się na pokładzie promu Scandinavia należącego do Polferries, sponsora konkursu. Nasz nastrój znacznie się poprawił, gdy tylko weszłyśmy do przydzielonej nam wygodnej kabiny mieszczącej się na szóstym pokładzie niedaleko recepcji, a wszelkie lęki zniknęły po godzinie, podczas której nabrałyśmy pewności, że nasza podróż będzie niezwykle przyjemnym doświadczeniem. Pogoda nam sprzyjała a ciemne chmury, które zasnuwały niebo w Gdańsku powędrowały gdzieś na wschód, morze było spokojne a na horyzoncie pojawiły się tylko małe obłoczki. Jako pasażerki promu Scandinavia miałyśmy do dyspozycji wszelkiego rodzaju atrakcje - restauracje, sklepy, kawiarnie, bary a nawet kino. Ponieważ nie jesteśmy entuzjastkami hucznych zabaw, spędziłyśmy wieczór siedząc wygodnie w fotelach w barze Panorama, delektując się zimnym piwem i podziwiając zachód słońca na pełnym morzu, a potem zasnęłyśmy w naszej kajucie. Podróż przebiegłaby w zupełnie bezstresowej atmosferze gdybym rano nie odkryła, że moja komórka za chwilę się rozładuje a ładowarka niestety została w domu. Możliwość utraty łączności ze światem bardzo mnie zmartwiła. Na szczęście sympatyczne panie z recepcji pomogły mi szybko uporać się z tym problemem.

Hotel Mornington w eleganckiej dzielnicy Sztokholmu Östermalm, w którym zostałyśmy zakwaterowane, wyposażony w wygodne, funkcjonalne i urządzone ze smakiem pokoje, zrobił na nas jak najlepsze wrażenie. Dodatkowym atutem była lokalizacja hotelu przy ulicy Nybrogatan, niedaleko od centrum. Zaraz po przyjeździe dostałyśmy karty „Stockholm a la Carte” (ufundowane przez Destination Stockholm największe w Szwecji biuro turystyki przejazdowej), uprawniające do korzystania ze środków komunikacji publicznej i bezpłatnego wstępu do pięćdziesięciu muzeów. Otrzymując taką kartę na niecałe 48 godzin, turysta staje przed problemem wyboru kilku atrakcji z tak bogatej oferty. Najlepiej zdecydować się jeszcze przed przyjazdem, aby w momencie otrzymania karty dokładnie wiedzieć, czego się chce. W tym celu wystarczy przejrzeć przewodnik po Sztokholmie i zapoznać się z informacjami na temat karty znajdującymi się w Internecie. Postanowiłyśmy więc wybrać z oferty tylko to, co jest jedyne w swoim rodzaju, niezwykłe i co sprawi nam przyjemność.

Szwecja, anonse1

Najbardziej zależało nam na zwiedzeniu Junibacken, otwartego przed dziesięciu laty muzeum, poświęconego szwedzkiej literaturze dziecięcej, stanowiącego obecnie jedną z największych atrakcji turystycznych Sztokholmu. To, co zobaczyłyśmy, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Wraz z innymi zwiedzającymi wsiadłyśmy do mini pociągu, który wyruszył z odtworzonej tu stacji w Vimmerby, rodzinnego miasteczka Astrid Lindgren. Na początku nie działo się nic niezwykłego. Pociąg mijał makiety stanowiące ilustracje do znanych książek. W pewnym momencie nasz wagonik odwrócił się o 180 stopni i uniósł w górę. W dole zobaczyłyśmy ośnieżoną chatkę, a nad nami rozgwieżdżone niebo, a potem poszybowałyśmy nad pogrążonym we śnie miastem.

Z głośników przemawiali do nas bohaterowie książek - Pipi, Karlson z Dachu, Nils Paluszek i bracia Lwie Serce. Nasz wagonik wielokrotnie wznosił się, opadał, zmieniał kierunek, trafiłyśmy do lasu, w którym mieszkała Ronja córka zbójnika i do szuflady, w której nagle pojawił się ogromny, machający ogonem szczur....

Oszołomione nadmiarem wrażeń wysiadłyśmy w końcu przy należącej do Pipi willi Śmiesznotce a potem zajrzałyśmy na chwilę do znajdującej się na terenie muzeum, księgarni i restauracji. Była to naprawdę cudowna podróż do krainy dzieciństwa.

Dorośli odwiedzający muzeum świetnie się bawią, ale dla dzieci jest tu prawdziwy raj! Można na przykład posiedzieć w łódce, albo w wielkim ptasim gnieździe na drzewie, wdrapać się na prawdziwy traktor, skakać po ogromnym łóżku. Można też odciąć piłą kawałek deseczki, napisać na nim swoje imię i przybić gwoździem do gigantycznej konstrukcji stworzonej własnoręcznie przez gości muzeum. Twórcy obiektu wykazali się wielką troską o wygodę najmłodszych zwiedzających, co widać na każdym kroku. W łazience zauważyłyśmy na przykład umywalkę umieszczoną na wysokości rączek pięciolatka.

Pomnik Astrid Lindgren

 

Willa Pippi

Muzeum statku Vasa

 

Tuż obok Junibacken znajduje się kolejna wielka atrakcja, której żaden turysta nie może pominąć - muzeum okrętu Vasa, jedynego w całości zachowanego galeonu, który zatonął nieuszkodzony 10 sierpnia 1628 roku. Co prawda nasza karta nie dawała prawa wstępu do tego obiektu, ale jeśli jest się już w pobliżu, warto wydać 80 koron na bilet, aby wejść do środka.

Zatonięcie Vasy można chyba śmiało porównać ze współczesną nam tragedią, jaką była katastrofa promu kosmicznego Columbia. Płynący na podbój Polski królewski okręt wojenny, na budowę którego ścięto tysiąc dorodnych dębów, zatonął na oczach króla i tłumnie zgromadzonych mieszkańców Sztokholmu, wśród których były także rodziny znajdujących się na pokładzie marynarzy. Jakże pięknie musiał się prezentować przez kwadrans(bo tyle trwał jego pierwszy i zarazem jedyny rejs) z postawionymi czterema z dziewięciu żagli, majestatyczny, długi na 64 metry, udekorowany ponad pięcioma setkami rzeźb i dwiema setkami ornamentów. Wrak okrętu wydobyto dopiero w 1961 roku i po siedemnastoletniej konserwacji udostępniono zwiedzającym.

Dziś Vasa stoi w ogromnej hali z tarasami, które dają możliwość oglądania okrętu z różnej perspektywy. Na najniższym poziomie muzeum pokazano cztery zrekonstruowane na podstawie znalezionych szkieletów, postacie. Ich twarze zostały odtworzone metodą, która pozwala na uzyskanie ogromnego podobieństwa do rzeczywistego wyglądu zmarłego. To niesamowite móc zobaczyć twarze zmarłych przed ponad trzystu laty marynarzy. Adam, Filip i Invar, (bo takie noszą imiona) zyskali w ten sposób nieśmiertelność, choć pomysł pokazywania w szklanych gablotach ich szkieletów budzi mieszane uczucia. Czwartą z upamiętnionych ofiar Vasy jest kobieta o imieniu Beata (jedna z dwóch, które znajdowały się na pokładzie) około 25-letnia,drobna, szczupła blondynka. Była gościem na okręcie, zapewne towarzyszyła któremuś z mężczyzn.

W muzeum można tez zobaczyć przedmioty wydobyte z Vasy, dowiedzieć się jak wyglądało życie na pokładzie, obejrzeć film prezentujący kolejne etapy wydobywania wraku oraz uzyskać odpowiedź na pytanie, dlaczego właściwie doszło do tragedii. Przy wejściu do hali znajdują się ulotki informacyjne w języku polskim a w sklepie z pamiątkami można nabyć bogato ilustrowaną książkę, również po polsku.

Na kolejny polski akcent trafiamy zatrzymując się na obiad w jednej z licznych restauracji. Zamówienie składamy po angielsku, ale stojący za barem mężczyzna już słyszał jak dyskutowałyśmy w naszym ojczystym języku i odpowiada bardzo poprawną polszczyzną. Okazuje się, że pochodzi z terenu byłej Jugosławii. W tej samej restauracji dostrzegam na półce album poświęcony szopkom krakowskim.

 

Skansen w Sztokholmie

Wreszcie docieramy do skansenu. Przed moją pierwszą wizytą w Szwecji nigdy nie zastanawiałam się nad pochodzeniem zakorzenionego w polszczyźnie słowa, oznaczającego muzeum na wolnym powietrzu. Pamiętam jak w ubiegłym roku moja szwedzka koleżanka Maddis tłumaczyła mi w trakcie zwiedzania któregoś z miasteczek, że jest tu także „open air museum”. Natychmiast zapytałam „Skansen?”, co niezmiernie ją zdziwiło. Nazwa tego typu muzeów wywodzi się od szwedzkiej nazwy własnej Skansen, użytej dla otwartej w 1891 w Sztokholmie ekspozycji zorganizowanej przez Artura Hazeliusa. Można tu obejrzeć 150 domów i zabudowań gospodarczych z całej Szwecji. Na terenie skansenu jest również zoo, „mini-skansen” przeznaczony dla dzieci, a latem organizowane są koncerty. Dodatkowymi atrakcjami są tradycyjne szwedzkie festiwale, dni tematyczne i targ bożonarodzeniowy.

Dzięki „Stockholm a la carte” mamy zapewniony bezpłatny wstęp do najstarszego skansenu Europy i postanawiamy z tego skorzystać Jest upalne sobotnie popołudnie, więc tłumy turystów i mieszkańców miasta wpadły na ten sam pomysł, jednak obiekty usytuowane są na ogromnym obszarze, co zapewnia komfort zwiedzania. Zaglądamy do kilku drewnianych domów, w których rzemieślnicy prezentują swoje umiejętności w odrestaurowanych warsztatach a potem przez dłuższą chwilę odpoczywamy na ławce w rozarium w pobliżu domku należącego kiedyś do filozofa Emanuela Swedenborga, którego poglądy wywarły wpływ na polskich romantyków - Słowackiego i Mickiewicza. Posądzano go o szaleństwo. Może to tutaj doświadczał snów, wizji i słyszał tajemne głosy? Czas nie pozwala nam jednak na snucie takich rozważań. Opuszczamy Skansen ze świadomością, że aby zobaczyć wszystko, co jest warte zobaczenia, należałoby tu przyjść jeszcze z dziesięć razy, a może i więcej.

Szwecja, anonse1

 

„Stockholm a la Carte” to nie tylko przejazdy i wstęp do muzeów, ale i inne atrakcje. Decydujemy się na trwającą prawie godzinę wycieczkę po kanałach królewskich. Podziwiamy Sztokholm od strony wody z pokładu jednego z małych stateczków turystycznych. Rejsy po kanale królewskim rozpoczynają się od wybrzeża Strömkajen, a następnie obejmują rundę wokół wyspy Djurgarden, na której znajdowały się dawne królewskie tereny łowieckie. Statek płynie kanałem Djurgarden, a potem wzdłuż brzegów Bałtyku. To chyba najprzyjemniejszy i najmniej męczący sposób zwiedzania Sztokholmu w upalny letni dzień.

Oczywiście podczas naszego pobytu w Sztokholmie nie mogło zabraknąć spacerów po Starym Mieście, czyli Gamla Stan. Zarówno pierwszego jak i drugiego dnia, mimo ogromnego zmęczenia przemierzałyśmy wytrwale wąskie, pełne sklepików uliczki, chłonąc ich niezwykłą atmosferę. Gamla Stan można zwiedzać bez żadnego planu, bo każdy z wybranych kierunków prowadzi w końcu w jakieś interesujące miejsce. Wędrując bez konkretnego celu podziwiałyśmy fasadę Pałacu Królewskiego. Na Stortorget, obok zabytkowej studni, wysłuchałyśmy koncertu ubranej w historyczne mundury orkiestry wojskowej. Zatrzymałyśmy się tez na chwilę pod figurą świętego Jerzego zabijającego smoka. W zdumienie wprawił nas widok najwęższej uliczki w mieście o szerokości zaledwie 90 centymetrów. W końcu resztki sił straciłyśmy na zaglądaniu do dziesiątek sklepików przy Vasterlanggatan wypełnionych po brzegi mnóstwem pamiątek.

 

Sklep z pamiątkami

Niedziela 2 lipca, była niestety ostatnim dniem naszej sztokholmskiej przygody. Postanowiłyśmy zrezygnować z dalszego zwiedzania i jedynie odbyć pożegnalny spacer z hotelu do dworca kolejowego, aby po raz ostatni spojrzeć na miasto. Okazało się to przedsięwzięciem o wiele bardziej męczącym niż mogłyśmy przypuszczać. Wędrówka ulicami Sztokholmu niemal w samo południe, w gorący letni dzień, z bagażami, choćby były one najlżejsze z możliwych, nie należy do przyjemności. W pociągu jest również strasznie duszno i gorąco. Siły odzyskujemy dopiero po przyjeździe do Nynäshamn, które urzeka nas swoim chłodnym powietrzem i malowniczymi krajobrazami. Trzy popołudniowe godziny spędzone w tej nadmorskiej miejscowości okazują się być najprzyjemniejszą częścią tego upalnego dnia.

Około 17-tej wchodzimy na pokład Scandinavii, tym razem jako zadeklarowane miłośniczki morskich podróży, gotowe do napisania rozprawy pod tytułem „O wyższości drogi morskiej nad powietrzną i lądową”. Trafiamy do znajomej kabiny na szóstym pokładzie i wszystko zapowiada, że podróż powrotna będzie również bardzo udana. Po krótkim pobycie w znanym nam już barze Panorama moja siostra oświadcza, że jedyną rzeczą, o której teraz marzy jest SEN. Trudno... Pozbawiona towarzystwa znajduję sobie dość zaciszne miejsce na pokładzie siódmym i tam czekam na zachód słońca. W odpowiednim momencie udaje mi się wykonać serię efektownych zdjęć, przedstawiających widoki, jakie dotychczas dane mi było oglądać tylko na pocztówkach z wakacji, a co do których autentyczności zawsze miałam wątpliwości.

Zachód słońca nad Bałtykiem.

Cisza panująca o tej godzinie na pokładzie skłania do refleksji i dokonania podsumowań naszej podróży. Jeszcze niewiele ponad rok temu Szwecja była dla mnie tylko miejscem na mapie. Teraz myślę o niej z prawdziwą sympatią. Ze wszystkich obcych krajów, w których kiedykolwiek byłam, ten właśnie wydaje mi się najmniej obcy. Dlaczego? Może powodem są znajomo wyglądające krajobrazy po drodze do Sztokholmu, szczególnie lasy, podobne do tych, wśród których spędziłam dzieciństwo, choć te szwedzkie są piękniejsze, bo bardziej dzikie. Jestem realistką i daleko mi do opinii, że życie tutaj jest rajem. Z pewnością ma swoje zalety, ale ma i wady, o których jeszcze nie wiem. Najbardziej zazdroszczę Szwedom możliwości obcowania z dziką, nieskażoną obecnością człowieka przyrodą. Cisza i spokój to wartości dla mnie bezcenne, a w Polsce coraz o nie trudniej. Gdybym kiedyś musiała lub z jakichś powodów zechciała, opuścić mój kraj, to z pewnością przyjechałabym właśnie tu. Patrząc na spokojne morze nagle uświadamiam sobie cos ważnego, o czym wcześniej nie pomyślałam. W ciągu niespełna roku byłam tu dwa razy, w obu przypadkach dzięki dziwnym szczęśliwym zbiegom okoliczności i życzliwości prawie nieznanych mi ludzi. Nie wybierałam nigdy Szwecji za cel swojej podróży, bo to ja zostałam dwukrotnie wybrana przez Szwecję na jej gościa. To dowód na to, że w życiu dzieją się czasem rzeczy niezwykłe. Kto wie, może ten kraj ma mi do zaoferowania cos jeszcze?

Pragnę serdecznie podziękować sponsorom mojej wycieczki: Polferries, Destination Stockholm i Szwecja.net, dzięki którym mogłam uczestniczyć w tej wspaniałej przygodzie.

Szczególne podziękowania w imieniu własnym i mojej siostry kieruję do przedstawiciela Szwecja.net, który służył nam pomocą i opieką w czasie naszego pobytu w Sztokholmie.

Joanna Morawiec
jmorawiec@poczta.onet.pl

Szwecja, anonse1

foto © Joanna Morawiec & Szwecja.net