Szwecja.net / Turystyka / Relacje / ... =00838
 

Ewa Grychtoł, Szwecja 2007.

Podróż marzeń

Organizacja wyprawy

Od paru miesięcy chodziłam podekscytowana perspektywą wyjazdu w nieznane zakątki Szwecji. Decyzję o podróży podjęliśmy spontanicznie, jednak plan trasy postanowiłam skrupulatnie zaplanować. Czułam, że nie mogę przepuścić okazji zobaczenia miejsc, o których tyle słyszałam.

Minął jakiś czas od mojego pierwszego pobytu w kraju Wikingów. Czas ten wykorzystałam na zgłębienie wiedzy o kraju, który zachwycił mnie spokojem, porządkiem oraz bogactwem dzikiej przyrody, która wydaje się tam żyć w symbiozie z działalnością człowieka. Znalazłam kurs języka szwedzkiego. Rozpoczęłam naukę i muszę przyznać, że to świetne doświadczenie, mowa jest lekka i melodyjna, a zrozumieć Skandynawów, to nie lada wyzwanie.

Nasz wyjazd stał się dla mnie znakomitą okazją sprawdzenia nabytych umiejętności.

W końcu nadszedł dzień wyjazdu. Byłam spokojna - samochód sprawny, mapy zabrane. Większe bagaże upchnęliśmy w bagażniku na dachu, natomiast zapasy żywnościowe z tyłu samochodu, aby na postojach w długiej trasie były zawsze pod ręką. Wszystko dopięte na ostatni guzik.

Wśród towarzyszy podróży znaleźli się:

Ola – moja przyjaciółka ze studiów, nieodłączna towarzyszka wszelkich imprez, niejednokrotnie inicjatorka zwariowanych pomysłów.

Łukasz – sprawdzony kolega z liceum, na którego zawsze mogę liczyć, pomysłodawca podróży.

Marcin – kuzyn Oli. Przed wyjazdem znałam go z opowieści, natomiast pobyt w Szwecji sprawił, że zaczęłam traktować go jak młodszego brata.

Wybrałam przeprawę promem Stena Line na linii Gdynia – Karlskrona. Mogę wszystkim polecić promy, oferują szeroką gamę rozrywek oraz sklepy z towarami w cenach wolnocłowych. Ja sprawiłam sobie drobny pachnący prezent w drodze powrotnej, za pieniądze zarobione na jagodach. W okresie wakacyjnego przesilenia, promy odpływają z Gdyni codziennie o godz. 9:00-tej i 21:00-wszej. Zabukowałam bilet już wiosną, ponieważ ceny zależą od terminu rezerwacji miejsc.

Dobrze jest być na odprawie trochę wcześniej, aby zająć wygodne miejsca na siedzeniach lotniczych na pokładzie, jeśli oczywiście nie korzysta się z kabin.

My dotarliśmy do Gdyni już o 4:00 nad ranem. Nasza nadgorliwość pozwoliła nam podziwiać przepiękny wschód słońca nad Bałtykiem. Czułam się lekko podekscytowana i niepewna przed odpłynięciem, jednak komfort odpoczynku to zniwelował. Na pokładzie zajęliśmy się grą w karty. Miło było też wyjść na zewnątrz, poczuć bryzę morską i spróbować stawiać opór wiatrowi. Po południu zauważyliśmy na horyzoncie mnóstwo malowniczych wysepek zatopionych w słońcu. Co poniektóre były jakby celowo oznaczone flagą państwa, do którego zmierzaliśmy. Na wielu z nich stały typowe szwedzkie domki, drewniane, w ceglasto- wiśniowym kolorze. Wieczorem, planowo o 19:00-stej, dobiliśmy do portu w Karlskronie. Latem w Szwecji dni są dłuższe, niż w Polsce, więc mieliśmy jeszcze trochę czasu na spacer po mieście.
 

 

Autorka, Ewa Grychtoł.

– Mam 25 lat, obecnie kończę studia logopedii i glottodydaktyki. Od zawsze szukałam miejsca na Ziemi, gdzie odnaleźć można spokój.

Szwecja, anonse1

 

 

Region Blekinge z sercem – Karlskroną

Karlskrona jest stolicą najbardziej wysuniętego na południowy wschód regionu Szwecji – Blekinge. Cały obszar wyróżniał się kameralnym klimatem, który można było odczuć już w Karlskronie. Miasto było spokojne, brakowało tu wielkomiejskiego splendoru. Mnie spodobały się malownicze uliczki, bezpośrednio sąsiadujące z wodą, morze jest tu jakby na wyciągnięcie ręki. W centrum gwar odbywał się w kawiarenkach, za to na ulicach nie było tłoku.

Miasto nas urzekło. Aż przykro było myśleć o dalszym całonocnym siedzeniu w ciasnym samochodzie, podczas gdy pozostało tu jeszcze sporo miejsc do odwiedzenia. Podjęliśmy wspólną decyzję, że zostaniemy na noc. Wiedzieliśmy o istnieniu niedrogiego schroniska w mieście, poza tym zawsze można było liczyć na jakiś pobliski kemping. Znaleźliśmy adres schroniska przy Drottninggatan, ku naszemu zadowoleniu, w samym centrum miasta. Trafiliśmy tam na piechotę z małymi plecakami przy sobie. Bardzo się cieszę, że udało mi się przekonać wszystkich, żeby „szarpnąć się” na tę noc. Wiele osób podczas swojego pobytu w Szwecji przejeżdża przez region Blekinge i wraca nieświadomym atrakcji turystycznych, które ominęli. Ja przekonałam się o tym następnego dnia.

Wstaliśmy wcześnie, zjedliśmy śniadanie przygotowane z polskich zapasów i wyruszyliśmy na długi spacer po mieście. Odwiedziliśmy rynek – Stortorget, z pomnikiem założyciela miasta Karola XI oraz ciekawym ratuszem.

Zauważyliśmy, że przy pobliskiej ulicy znajdowało się biuro informacyjne, z dużą mapą w witrynie. Skorzystaliśmy z tej okazji, przyjrzeliśmy się mapie dokładnie, wzięliśmy też parę folderów, co przydało nam się w planowaniu dalszej trasy dnia. Pogoda nam sprzyjała. Nigdzie nie musieliśmy się specjalnie spieszyć. To było na prawdę fantastyczne. Po dziesięciu miesiącach całodziennych nieraz zajęć chciało mi się po prostu zapomnieć o harmonogramach. Po drodze do samochodu przechodziliśmy obok małego parku dla dzieci. Pamiętam, że beztrosko pobiegłam na najbliższe huśtawki. Reszta towarzystwa zdawała się również być zadowolona z pomysłu, chociaż spoglądali na mnie z niedowierzaniem. Siedziałam z Bożeną na koniku, a chłopaki na huśtawkach. Nareszcie wypoczęci, mieliśmy czas na luźne rozmowy. Nie wiem dlaczego, ale od tego momentu Karlskrona kojarzy mi się najbardziej właśnie z tą beztroską zabawą, na którą nigdy nie miałam odwagi.

Tego dnia podjechaliśmy jeszcze samochodem w pobliże Targu Rybnego. Niedaleko niego znajduje się przystań stateczków. Choć nic na targu nie kupiliśmy, właśnie w tym miejscu odczułam prawdziwe portowy charakter miasta. Przeszliśmy jeszcze przez dzielnicę starych drewnianych domków, Björkholmen, po czym wyruszyliśmy do Ronneby.

To miasto zaznaczyliśmy na szlaku naszej podróży ze względu na jego popularność wśród Szwedów. Nasz znajomy, u którego gościliśmy już wcześniej w Szwecji, wspominał o uzdrowiskowej działalności miasta w poprzednim wieku. My przespacerowaliśmy się po swoistym parku zdrojowym. Nie było tu masy turystów, jak chociażby w Ciechocinku, natomiast w powietrzu unosił się miły zapach, a okolica urzekała obfitością zieleni. Co jakiś czas w parku zauważyć można było budynki zdrojowe, podejrzewam, że kiedyś dość licznie odwiedzane przez kuracjuszy.

Noc po dniu pełnym wrażeń spędziliśmy w samochodzie. Nawet nie zauważyłam, kiedy zasnąłem. Na szczęście Łukasz - kierowca zaparkował na zjeździe w połowie drogi do Andersbo. Nad ranem, po przebudzeniu, ruszyliśmy dalej.

Domki w Andersbo

 

 Pomnik Karola XI w Karlskrona

Szwecja, anonse1

 

Nasz dom – Andersbo

Na miejsce przybyliśmy po południu. Naszego znajomego nie zastaliśmy, ale klucz z domku letniskowego czekał na nas w umówionym miejscu. Lars – nasz „dobrodziej”, to znajomy ojca jednego z kolegów. Dużo pracuje na wyjeździe. Zaoferował nocleg dla nas w swoim domku letniskowym. Jest rozwodnikiem i mieszka sam w domu w Andersbo. Ma parunastoletnią córkę Hannę, która jest jego oczkiem w głowie.

Oczywiście, zamiast wyładować bagaże, zabraliśmy się za zwiedzanie pobliskich wzgórz. Jak niegdyś spotkaliśmy się z niesamowitą obfitością jagód. Miały one stanowić źródło naszego utrzymania w Szwecji, więc ich widok wyjątkowo nas zadowolił. Wieczór upłynął na wspominaniu leśnych wypraw i planowaniu nowych.

Domek stanowił nasz punkt zaczepienia. W Andersbo spędziliśmy miesiąc wakacji. Biegaliśmy po torfowiskach w poszukiwaniu hjortronu, zbieraliśmy jagody do skupu. Nie zbiliśmy na tym kokosów, bo szczerze powiedziawszy, trudno na to liczyć. Znaleźliśmy natomiast szybszy sposób na zarobek za jagody. Zamiast zbierać owoce na kilogramy do wiadra, zaopatrzyliśmy się w skupie w plastikowe pudełka na jagody. Wystarczyło zbierać ładne owoce – „pójść na jakość”.

Po oddaniu zebranych bezpośrednio do takich foremek owoców, otrzymywaliśmy wynagrodzenie adekwatne do ilości pełnych pudełek. I było ono nieraz wyższe, niż za kilogramy, które zebralibyśmy w tym samym czasie. Natomiast hjortron (żółta malina) jest w Szwecji towarem pożądanym, zbiera się go dużo wolniej, ale jego cena jest wysoka. My sprzedaliśmy cały zbiór szwedzkim sąsiadom. Podczas zbierania, naocznie przekonałam się, że, w na pozór spokojnym lesie, trzeba uważać na osy. Koledze przytrafiło się bliskie spotkanie z owadami, po tym jak przez przypadek wszedł w ich gniazdo. Na szczęście wszystko zakończyło się pomyślnie, Łukasz popisał się świetnym biegiem na przełaj. Na zakupy wyjeżdżało się do pobliskiego supermarketu, który zlokalizowany był po drodze do skupu. Raz kupiłam szwedzkie smakołyki, które nie miały polskich odpowiedników. Reszta towarzyszy nie odważyła się na taką próbę. Wśród artykułów znalazł się serek homogenizowany o nazwie „cola-smak”, o ile dobrze pamiętam. Serek po otwarciu pachniał cudownie, waniliowo. Jednak jego degustacja skupiła się raczej na wąchaniu. Zapach był apetyczny, ale w smaku serek okazał się niesamowicie słony. Nadawał się jedynie do smarowania pieczywa, i to cienką warstwą. Dzięki temu wystarczył na dłużej.

 

 Wychodek w Andersbo

 

 

Wycieczki do Falun

Parokrotnie odwiedziliśmy też jedno z najpopularniejszych miast Dalarny – Falun. W Polsce znane jest ono przede wszystkim ze sportów zimowych, a zwłaszcza konkursu skoków narciarskich. Skocznie stały się moim głównym celem. Kiedyś oglądałam w TVP relację z imprezy sportowej z udziałem naszego guru, Adama Małysza, marzyłam wtedy, że jeśli uda mi się dotrzeć do Szwecji, wdrapię się na wierzchołek skoczni. Jak mówi przysłowie – „marzenia się spełniają”. Byłam w Szwecji, w Falun i zdobyłam najwyższą ze skoczni. Prowadziły na nią długie drewniane schody, a ze szczytu roztaczał się niesamowity widok na całą okolcę. Do obrazka z telewizji brakowało tylko trybun zapełnionych kibicami i ton śniegu.

Kristine Kyrka w Falun

Samo miasto sprawiało wrażenie bardzo spokojnego. Wszędzie nieskazitelny porządek, przez centrum przepływa przejrzysta rzeka. Podobno można pić z niej wodę, ale ja nie próbowałam, więc nie dałabym sobie za to ręki uciąć.

Warte obejrzenia są wiekowe kościoły. Stora Kopparberg Kyrka i Kristine Kyrka. Pierwszy z nich jest prawdopodobnie najstarszym budynkiem w mieście. Został wzniesiony w średniowieczu (XIV, XV w.), w stylu gotyckim.

Drugi kościół umiejscowiony jest na dużym miejskim placu, Stora Torget. W tej świątyni miałam okazję uczestniczyć w protestanckiej mszy w języku szwedzkim. Niestety niewiele zrozumiałam z całej ceremonii, zajęłam się za to podziwianiem wnętrza utrzymanego w renesansowo-barokowym stylu. Po mszy zaczepił nas pastor. Dowiedziałam się od niego, że kościół został zniesiony w 1642 – 55, wytłumaczył nam też skąd niska frekwencja na mszach. Opowiedział o podziale w kościele i o tym, że duchowni mogą zakładać własne rodziny. Wierni mają możliwość płacenia części podatku na kościół.

Drewniane domki w Falun

Ciekawym miejscem w mieście, które odkryliśmy w trakcie drugiej wycieczki, była ulica z drewnianymi domkami należącymi niegdyś do pracowników kopalni w Falun.

W centrum miasta zaskoczyły nas też postacie spacerujące w dziwnych przebraniach. Piraci, wróżki, czarnoksiężnicy. Wyglądało mi to na zorganizowaną zabawę z udziałem chętnych. Grupki ludzi z przewodnikiem zdobywały poszczególne punkty miasta, w których stacjonowały postacie w kostiumach i udzielały dalszych wskazówek. Ciekawie to wyglądało, aż chciało się wkręcić w tę zabawę.
 

   
 

 

Wypoczynek w Rättviku

Oprócz wycieczek do Falun, część wypoczynkową pobytu w Szwecji spędziliśmy na kempingu w Rättviku. Stamtąd zapamiętałam fantastyczny klimat całodziennych posiedzeń przy zimnym piwie, albo gorącej herbacie w chłodniejsze dni. Tam też poznałam sporo ciekawych osób zajmujących się najróżniejszymi rzeczami. Co mnie zaskoczyło, to obycie, znajomość języka i otwartość ludzi zupełnie nie związanych zawodowo z ogólnie pojmowaną nauką. Mogliśmy porozmawiać na wiele tematów dotyczących kultury, polityki, podróży. Podczas tych dyskusji można było poszerzyć światopogląd i najszybciej zgłębić wiedzę o kraju. Do najbliższych znajomych na pewno zaliczyli się: Jon – pasjonat starych samochodów, nieśmiały sąsiad Larsa oraz „Santa Claus” – tak nazwałam jednego ze znajomych, który w święta podrzuca swoim dzieciom prezenty. Ma brodę, a jego imię było trudne do zapamiętania (widać go na jednym z przesłanych zdjęć - obok mini golfa).

Całe miasto miało wyraźnie wypoczynkowy charakter. Ja najlepiej odbudowałam siły wygrzewając się na deskach długiego molo. Niektórzy biwakowicze korzystali z kąpieli w jeziorze (głównie dzieci), ale jak dla mnie woda była lodowata, mimo ostro grzejącego słońca.

 

 Kemping w Rättvik

 

W sumie w Rättviku było do zaliczenia parę ciekawych miejsc, do których z pewnością zaliczyć mogę: tor wyścigów konnych, wspomniane długie molo, oraz punkt widokowy. Z tego ostatniego rozciągał się przepiękny krajobraz miasta w chmurach. Mogłabym polecić to wzgórze na romantyczne spotkania. Szczególnie urokliwie jest tam późnym popołudniem, kiedy słońce topi się w panoramie miejskiej zabudowy, zieleni, oraz wody jeziora. Dla miłośników dynamicznego spędzenia czasu, polecam zjeżdżalnię, która usytuowana została na tym samym wzgórzu. Tubylcy korzystali z wielu różnych form aktywnego wypoczynku, na które niestety nasze finanse nam nie pozwalały. Jedną z pasji Szwedów był golf i mini-golf, często praktykowane w Rättviku.

Jednak największą osobliwością miasta był zlot zabytkowych samochodów. Rättvik w okresie letnim był dosłownie oblepiony oldmobilami różnych marek, pochodzącymi z różnych roczników. Cała impreza trwała dwa dni. Pierwszego, odbywał się korowód samochodów na głównej ulicy. Ruch zwolnił, a przez miasto przetaczały się dziesiątki „czterokołowych smoków”. Samochody pochodziły z różnych stron świata. Widać było, że właściciele zadbali o każdy detal wyposażenia, poczynając od lakieru, kończąc na gadżetach wiszących na lusterku.

 
 

Korowód zabytkowych zamochodów w Rättvik.

Drugi dzień należał do kobiet. W czasie „ladies day” kobiety przebierały się według mody panującej w latach produkcji swych samochodów. Czasem damy odgrywały śmieszne scenki, rozstawiały małe stoliki pomiędzy samochodami i zasiadały przy nich prezentując kunszt ubioru w całej okazałości. Wcześniej nieraz mijaliśmy zabytkowe na trasie. Nie sądziłam jednak, że tubylcy traktują takowe jak swoiste pupile. Dopiero pobyt w Rättviku, utwierdził mnie w przekonaniu, że stare samochody należą do jednej z głównych pasji Szwedów.

 

 

Ciąg dalszy pracy

Tych parę dni biwakowania w Rättviku dodało mi sporo energii potrzebnej chociażby do dalszej pracy w lesie. W zbieractwie szło mi dobrze, oprócz jagód znajdywałam grzyby kurki, które też przyjmowano w skupie. Im bardziej zbliżał się koniec pobytu, tym częściej przebywałam na jagodach. Postawiłam sobie cel – nazbierać najwięcej. Chciałam sobie udowodnić, że parogodzinna praca fizyczna nie stanowi dla mnie problemu. Cel osiągnęłam. Tylko czasem miałam problem, żeby donieść owoce z lasu do domku. Wtedy mogłam liczyć już tylko na męskie siły. Ogólnie pomagaliśmy sobie. Mimo, że zdarzało nam się o coś pospierać. Wiem już, że nawet wśród najlepszych przyjaciół zdarzają się kłótnie o „byle co”. Zwłaszcza, kiedy przyjaciele przebywają z sobą dzień w dzień w warunkach - bądź co bądź - niecodziennych. W rezultacie, nasze konfrontacje skonsolidowały załogę. W czasie wielogodzinnego zbierania wymyślaliśmy przeróżne zabawy typu: „echo jelenia”, „rolowanie się” ze wzgórza, tarzanie się we mchu. Po pracy jedliśmy wspólne posiłki. Każdy dorzucał jakiś artykuł żywnościowy przywieziony z Polski i gotowaliśmy z tego wszystkiego jedną potrawę (oczywiście wybór składników nie był przypadkowy). Piekliśmy nawet ciasta z jagodami.

 

„Ladies day” podczas zlotu zabytkowych samochodów w Rättvik.

 

Ja zdążyłam się zaprzyjaźnić z miejscowymi zwierzętami hodowlanymi. Po sąsiedzku, przez płot, pasła się rodzina specyficznych krów. Początkowo ochrzciliśmy je mianem bawołów, ale sąsiad uświadomił nam, że to odmiana krów, ma tylko najzwyczajniej dłuższą sierść. Krowy karmiliśmy gałązkami i strąkami groszku z pola.

Do końca pobytu zdążyliśmy jeszcze wybrać się nad jezioro znajdujące się nieopodal. Zwiedziliśmy też pobliskie wsie. Zżyliśmy się z otoczeniem. Nawet pasące się barany witały nas donośnym beczeniem, na które nieomieszkaliśmy równie wesoło odpowiadać.

Pamiętam, że ostatniego wieczora wybraliśmy się z kolegą na skaliste jagodowe wzgórze. Zebrałam tam wiele pamiątek: różnego typu mech, czerwone borówki, wszystko, co wpadło mi w ręce. Bardzo chciałam zabrać trochę Szwecji ze sobą.

Ostatni dzień w Andersbo upłynął na pakowaniu rzeczy do samochodu i żegnaniu się ze znajomymi.

Wyjechaliśmy wczesnym rankiem. W drodze natknęliśmy się na młode renifery przechadzające się po jezdni. Było to dla nas niesamowitym zaskoczeniem i jednocześnie dobrą wróżbą. Udało mi się uchwycić parę z nich na fotografii.

Młode renifery nie czują się zagrożone

 

 Zaprzyjaźnione krowy.

 

Stolica

Tego samego dnia po południu, według planu, dotarliśmy do Stolicy. Umówiliśmy się z przyjacielem z Polski, że będzie naszym przewodnikiem po mieście. Mirka znam z czasów studiów w Katowicach. Jego kierunek związany był z literaturą i kulturą Wielkiej Brytanii. Jedno jest pewne – miał chłopak dar do nauki języków. Wyjechał tutaj na pół roku w ramach studenckiego programu „Sokrates”, po czym, pod wpływem uroku miasta, postanowił zostać.

Do centrum Sztokholmu trafiliśmy autostradą. Już po drodze zauroczyła mnie przemyślana architektura. Budynki utrzymane w klasycznym stylu, wszystkie były okazałe i tworzyły zwartą zabudowę. Dodatkowym atutem wizualnym było usytuowanie Sztokholmu w sąsiedztwie słodkich wód jeziora Mälaren i słonych Bałtyku. Elegancka zabudowa mieści się na czternastu wyspach połączonych mostami. Na mnie wywarło to wrażenie.

Z Mirkiem spotkaliśmy się pod Ratuszem Miejskim - Stadshuset. Nie mieliśmy problemu z dojazdem do tego punktu dzięki dobrym oznaczeniom drogowym. W końcu corocznie w grudniu odbywa się w tym budynku Bal laureatów Nagrody Nobla.

Jakiś czas siedzieliśmy na dziedzińcu Ratusza. Wygrzewaliśmy się w letnim słońcu, rozkoszując się własnym towarzystwem. Podczas rozmowy z Mirkiem dowiedziałam się, jak można w Sztokholmie „przeżyć za darmo”. Otóż dobrze jest znać język obcy, a najlepiej kilka. Oprócz tego wystarczy już tylko schludny ubiór i znajomość terminów bankietów. Z tym ostatnim nie powinno być problemu, ponieważ miasto tętni życiem towarzyskim i kulturalnym.

   


Sztokholm, widok w kierunku Mälaren,
z prawej ratusz - to tu odbywają się
co roku Bale Noblistów.

Foto:SIS.

 

 

 

Spod Ratusza ruszyliśmy w stronę starszej dzielnicy Gamla Stan. - Stare Miasto. Zajmuje ona jedną z wysp i przepełniona jest zabytkami. Podobała mi się, że tam zwarta zabudowa, dzięki której mogliśmy podziwiać każdy obiekt nie robiąc przy tym kilometrów. Podziwialiśmy barokowy Pałac Królewski oraz sąsiadującą z nim katedrą, Storkyrkan. Budynki były ogromne, wzniosłe, jakby świadczyły o wielowiekowej potędze kraju. Bardziej przyjaznym miejscem wydawał mi się staromiejski rynek – Stortorget. Mirek uświadomił mnie, że na nim właśnie miała miejsce egzekucja arystokratów w XVI w. Jednak nawet tą opowieścią nie zmącił mojego zachwytu. Śliczne były również wąskie uliczki otaczające Rynek. Najwęższa, Morten Trotzigs Gränd, miała niecały metr szerokości. Przeszliśmy jeszcze przez most na wyspę Riddarholmen. Znajdował się tam XIII wieczny kościół, w którym pochowani zostali prawie wszyscy władcy Szwecji.

Tego dnia przeszliśmy się jeszcze ulicą wzdłuż portu. Podziwiałam tam fantastyczne, lśniące statki wycieczkowe przycumowane w centrum miasta. Posiedzieliśmy chwilę na ławeczce na promenadzie, zjedliśmy nasz zapas ciastek, po czym skierowaliśmy się w stronę stacji metra. Po drodze przeszliśmy jeszcze przez nowocześniejszą dzielnicę. Najbardziej zapadł mi w pamięci widok różnych flag na jednej z ulic - Nybrogatan. Powiewały one nad głowami przechodniów. Przechodząc pod nimi, zastanawiałam się czy miały za zadanie zwrócić uwagę na wielonarodowość mieszkańców miasta, czy może wskazać równość i szacunek dla wszystkich nacji. Wśród flag powiewała również flaga Polski.

Było już ciemno, kiedy dotarliśmy do metra. Panował tam spokój i porządek. Co dziwne, nie widać było żadnych stróżów porządku. Mirek wyjaśnił, że pojawiają się oni bardzo szybko, ale dopiero w przypadku zaistnienia jakiegoś zagrożenia. Pasażerowie siedzieli na ławkach, niektórzy czytali książki. Panował tam sielankowy nastrój i roztaczał się miły zapach. Dla Szwedów to normalne miejsce, dla Polaków niedościgniony, póki co, wzór. Metro po Szwedzku to tunnelbanan. Podobno kiedzyś w Sztokholmie, podczas korowodu ludzi przebranych za środki komunikacji, pojawił się wielki banan z ludźmi w środku.

Sztokholmskie metro - Tunnelbana. Foto SIS.

Metrem dojechaliśmy na stację najbliższą parkingowi z naszym samochodem. Szliśmy jeszcze kawałek wszyscy razem, rozprawiając o podobieństwach i różnicach obu krajów. Wspominaliśmy, śmialiśmy się, opowiadaliśmy o przygodach w lesie. Już mieliśmy docelowy parking na widoku, a tu nagle w mroku parku zauważyliśmy kicające sobie swobodnie małe zajączki. To było nieprawdopodobne. Sztkoholm zamieszkany jest przez małe króliczki. Mają one swoje norki nawet przy autostradzie, i to pomiędzy jezdniami. Przez moment można było poczuć się jak „Alicja w krainie czarów”. Niestety nadszedł moment pożegnania. Rozstaliśmy się z Mirkiem i Sztokholmem iskrzącym nocnym życiem. Z Mirkiem umówiliśmy się na spotkanie w Polsce.

 

 Uliczka starego miasta.

Szwecja, anonse1

 

Zakończenie, chociaż nie koniec

Podróż powrotna i przeprawa promem przebiegły bezproblemowo. Gorszy był przejazd w Polsce przez zakorkowaną trasę znad morza na południe. Jednak i to się udało. Przez jakiś czas po powrocie trudno było mi powrócić do rzeczywistości. W Polsce miałam wiele okazji, żeby opowiadać o Szwecji i jej urokach. Posiadałam też pamiątki zebrane w lesie i zdjęcia. Jednak przez jakiś czas czułam jakąś pustkę, jakby niedosyt. Po zamknięciu oczu widziałam przepiękne lasy, krystalicznie czystą wodę, wesołych zrelaksowanych Szwedów. Mech ususzyłam, borówki i jagody podarowałam rodzinie. Pomyślałam - przecież najwięcej Szwecji i tak pozostało w sercu.

Teraz zawsze chętnie powracamy do naszej wyprawy we wspomnieniach, kiedy tylko mamy okazję spotykać się w gronie nieposkromionych zbieraczy jagód. Miłośników Szwecji.

 

Ewa Grychtoł.
poltil@wp.pl

   
 

 

 

Foto bez podanego autora: Ewa Grychtoł
© Szwecja.net