Szwecja.net / Turystyka / Relacje / ... =00872
 

Magda Oleś, lato 2006

Ucieczka od rzeczywistości

Lato jest najpiękniejszą porą roku. Poranek letni jest wręcz doskonały: budzą mnie promienie słońca, przez okno wpływa lekki chłód poranka, a we mnie budzi się homo viator. Człowiek nieraz potrzebuje wyjść z tłumu aby pobyć sam ze sobą. Aby poznać siebie od środka. Stąd też jednego z lipcowych poranków narodził się we mnie pomysł, aby wyruszyć w samotną podróż. Kwestią był tylko wybór celu, do którego będę zmierzać. Jednak nie stanowiło to dla mnie problemu, gdyż od razu wiedziałam dokąd pojadę. Moim celem była Szwecja, a dokładniej malutkie miasteczko na północy Szwecji - Jörn. Dlaczego właśnie tam? Wielokrotnie bowiem udawałam się tam latem z rodziną do pracy przy zbiorach runa leśnego.

Tym razem jednak miałam odłożoną pewną kwotę na czarną godzinę i postanowiłam wydobyć nieco ze skarbca, w celach oczywiście tego godnych. Zatem miałam w kieszeni fundusze, w głowie piękne wspomnienia z poprzednich lat, a w sercu zapał. Należało przejść do realizacji planu. Oczywiście jak przed każdą podróżą, zwłaszcza samotną, bardzo się denerwowałam. Tym bardziej, iż rodzina odradzała mi jakoby była to wyprawa ryzykowna. Ale jak pisał rosyjski poeta, Borys Pasternak: „Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko wtedy uda nam się pojąć, jakim wielkim cudem jest życie, gdy będziemy gotowi przyjąć niespodzianki jakie niesie nam los.” Więc podjęłam je.

Przede mną była perspektywa pięciodniowego wypoczynku w kraju lasów i jezior. A więc bajka się rozpoczęła...
 

 
 

Za górami, za lasami... a właściwie za Morzem Bałtyckim i wśród lasów, trzy dni drogi od domu, znajduje się piękne miasteczko - Jörn. Ale pierwej należy pokonać masę kilometrów.

Jednym z najgorszych etapów mojej podróży była przeprawa promem z Gdyni do Karlskrony. Z jednej strony z powodu nieznośnego poczucia bujania, z drugiej zaś z powodu wszechogarniającej nudy spowodowanej dziesięciogodzinną przeprawą. Także postanowiłam umilić sobie czas w przerwach między jedną a kolejną drzemką, wychodząc na pokład lub oddając się lekturze. W końcu wyspana, choć nie wypoczęta, wyruszyłam w dalszą podróż. Tym razem zażywając szczęścia, jakie nie dane jest nam Polakom na co dzień, a mianowicie - prowadzenie samochodu po idealnie gładkiej drodze.

Stanowiło to dla mnie nie lada uciechę, ponieważ nigdy wcześniej podczas wizyt w Szwecji nie siadałam za kierownicą. Gdy włączyłam radio, odezwały się głosy niezrozumiałe dla mnie, aczkolwiek bardzo przyjemne. Nie umiem języka szwedzkiego, ale mam nadzieję, że kiedyś się go nauczę, ponieważ brzmi od wspaniale... płynny niczym melodia... kojarzy mi się z językiem elfów z Władcy Pierścieni.

 
Foto © Begt Hedberg  
 

W czasie drogi zajechałam do miejscowości Nyköping, a właściwie na jej obrzeża, aby dokonać rytuału jaki zwykłam wykonywać podczas wcześniejszych wizyt w Szwecji, a mianowicie - zakupu cukierków w sklepie ICA. Uwielbiam te słodkości! Żałuje, że w Polsce ich nie mamy, ale z drugiej strony, nie smakowałyby mi tak bardzo, gdybym miała do nich dostęp na co dzień w Polsce. Zawsze wybieram takie cukierki, aby za każdym razem znalazły się w tutce również nowe, których jeszcze nie próbowałam. Nie zapominam również i o tych, bez których nie mogłabym się obejść, czyli: marcepany w czekoladzie i korzonki. Unikam słonych trupich czach. Kto ich spróbował, zapewne wie dlaczego.

Zakupiłam też słodki chleb - Limpe, którego również brakowało mi w Polsce.

W sklepie przeżyłam pierwszy od mojego wjazdu do Szwecji prawdziwy kontakt ze Szwedami. Zawsze zadziwiała mnie i nigdy nie przestanie ich życzliwość, otwartość oraz przyjazne nastawienie do innych ludzi. Słysząc, iż rozmawiam przez telefon po polsku, jedna bardzo miła pani w średnim wieku podeszła do mnie i nawiązałyśmy krótką rozmowę. Opowiadała mi, iż właśnie wróciła z Polski i zachwalała piękno naszych polskich gór. Poczułam się wspaniale i z takim miłym nastawieniem wyruszyłam w dalszą drogę...

   
 

Najbardziej obawiałam się przejazdu przez Stockholm, ponieważ pamiętam z lat poprzednich, że mieliśmy z tym pewne trudności. Oczywiście nie ominęło mnie to i tym razem. Trochę zajęło mi odnalezienie drogi, aby w końcu móc przejechać dalej. Bardzo zależało mi na tym, aby szybko znaleźć się poza tymi rejonami, gdyż obrałam sobie za cel dojechać za Stockholm i zrobić krótką przerwę. Zresztą zatrzymywałam się co jakiś czas, aby odpocząć od ciągłego siedzenia za kółkiem, zwłaszcza, że nie planowałam dłuższej przerwy np. na nocleg. Zależało mi na czasie. Poza tym krótkim odpoczynkom sprzyjały zajazdy, które zachęcały wręcz do zatrzymania się. W Polsce byłoby niemożliwe aby takowe znajdowały się przy drodze, a gdyby jednak były, to zapewne w takim stanie, że każdy wolałby jechać bez przerwy niż zatrzymywać się tam albo po prostu były by płatne. W Szwecji jednak dbają o podróżujących. Zaskoczyło mnie, oczywiście pozytywnie, gdy na jednym z postojów zastałam toalety z bieżącą wodą, nie wspominając już o mydle!!! To jest kraj idealny!

Niestety trzeba było jechać dalej. Planowałam zatrzymać się na dłużej, jak zwykle, przy „naszej górze” (tak nazwaliśmy to miejsce podczas poprzednich pobytów w Szwecji, ze względu na trudności z zapamiętaniem jej nazwy). A w rzeczywistości jest to Skulberget, znajdująca się na terenie Skuleskogen National Park. Tam znajduje się camping, na którym zatrzymałam się na noc. Kiedy rozbiłam namiot poszłam nad jezioro, znajdujące się w okolicy, wejście na górę zachowałam zaś na dzień następny, ponieważ nie chciałam ryzykować schodzenia z niej po zmroku.

 
 

W nocy słyszałam jak jakaś młodzież rozbijała się na campingu, musieli się nieźle bawić, ponieważ słuchali głośno muzyki, śpiewali i ciągle się śmiali. Rano domyśliłam się co mogło stanowić powód ich śmiechu. Ich namiot ledwo się trzymał, kiedy go zobaczyłam sama nie mogłam powstrzymać się od śmiechu.

Po śniadaniu wyruszyłam na górę. Ku mojej złości okazało się, że nie zabrałam aparatu fotograficznego i nie mogłam nawet uwiecznić tej chwili... a ponieważ straciłabym zbyt dużo czasu na zejście po niego i ponowne wejście na górę, musiałam się zadowolić zakupieniem widokówek w punkcie informacyjnym.

Już miałam dosyć podróży. Chciałam jak najszybciej znaleźć się u celu mojej podróży. Od promu do Skulberget jechałam bez dłuższej przerwy (chodzi mi o całodniową lub całonocną) przez noc i cały dzień. Przede mną był jeszcze dzień drogi. Musiałam dojechać do Skelleftea, a później wjechać w głąb kraju.

Udało mi się to dopiero wieczorem, ponieważ w drodze musiałam jeszcze zmieniać koło. W tej sytuacji również poznałam wspaniałomyślność Szwedów, bowiem widząc, iż wymieniam koło, kierowcy zatrzymywali się i pytali czy mi nie pomóc J Od jednego z nich dowiedziałam się również gdzie mogę dostać używane koła, co było dla mnie bardzo ważne, gdyż nie mogłam jechać dalej bez zapasowego, a nowe kosztowałoby mnie zapewne majątek.

W końcu znalazłam się w Jörnie J Wcześniej już umówiłam się ze znajomą, którą poznałam podczas wcześniejszych pobytów- Cateriną, która prowadzi skup jagód, że na te parę dni zamieszkam w jej drugim, nieużywanym przez nią domu. Pierwsze co zrobiłam, po odebraniu kluczy, to rozpakowałam się, umyłam i poszłam spać. Spałam długo, gdyż byłam wymęczona podróżą. Następnego dnia wyruszyłam na zwiedzanie okolic, na początku udałam się na camping znajdujący się 5 km od Jörnu, by zobaczyć czy nie ma tam Polaków. Oczywiście zapomniałam, że nawet jeśli by byli, to z pewnością wyruszyli na zbiory. I tak właśnie było, nie zastałam nikogo. Udałam się więc w samotną wędrówkę w miejsca mi znajome. Najpierw jezioro przy którym znajduje się camping.

Na zdjęciu może nie widać tego dokładnie, ale chciałam zwrócić uwagę na niebo w Szwecji, a właściwie na chmury. Zawsze mnie one zadziwiały, ponieważ są zupełnie inne niż u nas w Polsce. Szwedzkie niebo zdaje się być niżej, zaraz nad głowami ludzi, chmury są tak nisko, jakby miały zaraz spaść ludziom na głowę.

Następnie pojechałam do miasta, aby porozmawiać nieco z ludźmi. Oczywiście nie było mi łatwo, ponieważ spotykałam tylko osoby starsze, które nie umiały mówić za dobrze po angielsku, natomiast po niemiecku doskonale. Tyle że ja nie umiem dobrze po niemiecku. Udałam się więc do jednego ze sklepów, w którym pani sprzedawała własnoręcznie wyprodukowane rzeczy. Były tam różne ozdoby, biżuteria wykonana z drewna i różnego rodzaju wełniane wyroby. Właścicielkę poznałam podczas mojego poprzedniego pobytu, ale ona tym razem niestety mnie nie poznała. Była to bardzo miła starsza kobieta, która na szczęście porozumiewała się po angielsku bardzo biegle. Jak się okazało jest ona wykładowcą chemii na jednej ze szkół wyższych, a sklep traktuje jako hobby. Powiedziała, że wraz ze znajomymi tworzą grupy osób nauczających emigrantów języka szwedzkiego i jeśli kiedykolwiek bym chciałam, z chęcią mogę się z nią skontaktować.

 

Szwecja, anonse1

 

Zwróciło to moją uwagę na gościnność Szwedów. Dowiedziałam się, że w Jörnie są oni otwarci na innych ludzi i z rodzinną uprzejmością przyjmują do swojego grona obcokrajowców. Dlatego też zauważyłam wielu azjatów oraz czarnoskórych osób w ich społeczności. Kolejno pojechałam do lasu, aby przeżyć kontakt z naturą, za którym tak tęskniłam w Polsce. Owszem mogłam udać się do lasu w okolicach Bydgoszczy, gdzie mieszkam, ale ja potrzebowałam lasów prawdziwych... nie naruszonych przez człowieka. Nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać skupisk śmieci w lasach szwedzkich. W Polsce natomiast lasy traktowane są jako miejsca usuwania odpadów, co mnie przeraża. Ponadto las szwedzki jest bardziej bujny, bogatszy w roślinność niż nasz i spotkać w nim można zwierzęta, których w Polsce swobodnie biegających spotkać nie można. Udało mi się napotkać łosia, cietrzewia, żmiję (i to nieraz) i renifery. Największe wrażenie zrobił na mnie biały renifer, którego udało mi się sfotografować.

 

Szwecja, anonse1

 

Będąc w lesie zebrałam trochę jagód na drogę i postanowiłam sobie wybrać się jednego dnia na jagody z jakąś ekipą, jeśli nawiążę z kimś kontakt. I rzeczywiście udało mi się poznać przemiłych ludzi, którzy mieli miejsce w samochodzie, więc kolejny dzień miałam zajęty, tym bardziej, że ekipa wyjeżdżała o godzinie 7.00 a wracała dopiero przed zamknięciem skupu, my planowaliśmy powrót na godz.16.

Jak to mówią - najgorsze dla Polaka jest spotkać drugiego Polaka za granicą. Mimo iż często to twierdzenie się sprawdza, tym razem nie podpisałabym się pod nim. Byli to przemili ludzie, z którymi do teraz utrzymuje kontakt.

   
 

Tego dnia rano było dosyć wilgotno, więc zabrałam ze sobą kalosze i kapok, który mimo braku deszczu później bardzo mi się przydał.. Kalosze zabierałam ze sobą zawsze wychodząc w las. Zbieraczkę miałam swoją z poprzednich lat. Pojechaliśmy w miejsce, w którym jeszcze nigdy nie byłam. A ponieważ nie byłam nastawiona na jakikolwiek zarobek, więc początkowo trochę pozbierałam jagód, ale ponieważ były bardzo drobne, więc szybko mój zapał się ostudził. Jednak to, co uzbierałam wolałam udokumentować, aby później pochwalić się rodzinie, że cały czas jednak się nie obijałam.

Oczywiście na wiaderku i to niepełnym skończywszy, wyruszyłam na podziwianie przyrody.

 
 
 

Początkowo szło się przez zagajnik, aby przejść po zboczu góry wzdłuż linii wysokiego napięcia i dojść do niewielkiej, ale jakże pięknej góry, której główną atrakcją dla mnie okazały się skałki. Ponieważ było tam trochę jagód, a ja nie chciałam już ich zbierać, pomyślałam, że zawołam znajomych, aby oni mogli pracować w tak uroczej scenerii. I tu powstał problem. Nie wiedziałam jak wrócić. Wydawało mi się, że cały czas szłam przed siebie wzdłuż linii wysokiego napięcia, ale chyba w pewnym momencie zboczyłam z trasy, bo patrząc przed siebie, wzdłuż drogi jaką prowadza linie, nie poznawałam miejsca, z którego przyszłam. Wpadłam w mała panikę, ponieważ telefon komórkowy nie miał zasięgu, a na domiar złego prawie weszłam na żmiję. Zaczęłam krzyczeć, ale w odpowiedzi słyszałam tylko echo. Nagle przypomniało mi się, że przecież po drodze zostawiłam kapok na drzewie. Postanowiłam więc go poszukać, a przy tym odnaleźć powrotną drogę. Musiałam przejść przez małe bagienko, które chciało mi ukraść kalosza. Skutkiem czego przemoczyłam nogi, co w rezultacie miało doprowadzić do mocnego przeziębienia. Znajdowałam się wtedy poniżej zbocza i stąd w końcu dostrzegłam zawieszony na sośnie kapok. Nigdy w życiu kapok nie sprawił mi tyle radości. Kiedy do niego doszłam, usłyszałam głosy nawołujących mnie ludzi. Jakoś się odnaleźliśmy na szczęście. Okazało się, że nie było mnie z nimi przez prawie 4 godziny! Ja nawet nie odczułam upływu tego czasu. Już nie chciałam ich prowadzić w tamto miejsce po pierwsze ze względu na czas... było już dosyć późno i należało wracać, po drugie chyba każdy rozumie dlaczego.

   
 

Kiedy przyjechaliśmy do Jörnu byłam szczęśliwa. Resztę dnia poświęciłam na spacer po miejscowości.

Uwielbiam przyglądać się szwedzkim domkom. Wyglądają one bowiem jak chatki z bajki. Uroku dodają im okna wspaniale przystrojone w lampki i różnego rodzaju figurki. Idąc w stronę hotelu Vilan, przechodzi się uliczką, po obu stronach której stoją domki, a wśród których znajduje się mój ulubiony. Zawsze mi się marzy, że kiedyś w nim zamieszkam. Zbudowany jest bowiem tak jak pozostałe, lecz wyróżnia się on kolorem. Jest niebieski. I chyba dlatego tak mi się podoba, ponieważ jest to mój ulubiony kolor.

Odwiedziłam także centrum miasta i nastawiłam się na fotografowanie zachodu słońca. Wykonywałam je  właściwie każdego dnia mojego pobytu, ponieważ były wręcz doskonałe.

   
 

Pojechałam także tegoż dnia nad jezioro znajdujące się na peryferiach miasteczka. Pamiętam je z poprzednich lat. Zawsze zadziwiała mnie woda w nim, a właściwie jej kolor. Była ona bowiem barwy brązowej. Początkowo myślałam, że jest to skutek jakiegoś zanieczyszczenia. Nic bardziej mylnego. Z rozmów z ludźmi dowiedziałam się kiedyś, że jest ona idealnie czysta, a kolor jest skutkiem osadu znajdującego się na dnie jeziora.

Nad jeziorem spotkałam także znajomych z którymi byłam na jagodach. Urządzali sobie ognisko, w którym chcieli upiec ryby przez siebie złowione. Niestety ponieważ kolacja nie chciała za bardzo się łowić, ognisko posłużyło nam jedynie do ogrzania się podczas wieczornej rozmowy.
 

   
 
 

Zdradziłam im mój zamiar wybrania się do Skelleftea następnego dnia. Umówiłam się z nimi, że zrobię zakupy również i dla nich. Korzyści miały być obopólne: oni dorzucili się w połowie do kosztów na paliwo, ja natomiast wyręczyłam ich w robieniu zakupów, na które straciliby niepotrzebnie czas, który mogli poświęcić na pracę.

Następnego dnia pojechałam do Skelleftea. Pochodziłam także trochę po mieście, ale ponieważ nie wydawało mi się to zbyt ciekawe, postanowiłam jak najszybciej powrócić na łono natury. W końcu z takim zamierzeniem przyjechałam do Szwecji. Na zakupach jak każdy kierowałam się ceną, toteż często patrzyłam czy są produkty również przecenione. Jeśli takie się były, brałam je w pierwszej kolejności.

   
 

Umówiona byłam ze znajomymi na wieczór, żeby przyjechali do mnie i odebrali zakupy. Wcześniej jednak zaplanowałam wyjście do lasu, więc po zawiezieniu zakupów do domu, przebrałam się i wyruszyłam do lasu. Aby dotrzeć na miejsce, o które mi chodziło musiałam najpierw pojechać spory kawałek szosą, później drogą piaszczystą. Ponieważ chciałam iść w miejsca bagniste, oczywiście zabrałam kalosze. Był to już trzeci dzień mojego pobytu w Jörnie i czułam się tutaj już w miarę bezpiecznie. Wiedziałam, że ze strony ludzi nic mi nie może zagrażać, zapomniałam jednak o przyrodzie. Kiedy wchodziłam do lasu, pogoda była nieciekawa, co widać na zdjęciu. Zanosiło się na burzę. Jednak miałam nadzieję, że zła aura minie. Niestety moje nadzieje okazały się być złudne. Po około dwóch godzinach od mojego wejścia do lasu rozpętała się burza. Ja w tym czasie byłam na szycie góry! Byłam przerażona, bo gdzieniegdzie uderzały pioruny, a żeby zejść na dół musiałam przejść przez dosyć rozległy wyręb. Zaryzykowałam, ponieważ bałam się pozostać na szczycie. Schodziłam w ogromnym pośpiechu nie bacząc na co stąpam i to mnie zgubiło. W pewnym momencie nadepnęłam na żmiję! Dzięki Bogu udało mi się szybko uskoczyć, bo gdybym nie zareagowała w porę, prawdopodobnie bym została ukąszona. W jeszcze większej panice zbiegałam na dół. W znacznej odległości ode mnie wiatr przewrócił bardzo wysoką brzozę.

 
 

Kiedy w końcu znalazłam się w samochodzie nie mogłam złapać tchu z nerwów. Po jakimś czasie się uspokoiłam. Byłam cała mokra i już wiedziałam, że pomysł z wybraniem się na górę nie był najlepszy. Mało tego... nienajlepszym także stwierdziłam pomysł wybrania się samotnie w tak daleką podróż do Szwecji. Po tymże dniu postanowiłam nie zostawać tam przez dwa kolejne dni, tylko powrócić do domu. Tym bardziej, że dostałam mocnego przeziębienia i nawet nie miałabym nastroju gdziekolwiek wychodzić.

Kiedy znalazłam się w Jörnie i wpadłam do domu, zadzwoniłam do Bydgoszczy do rodziców i powiedziałam, że wrócę wcześniej niż zaplanowałam. Jako powód podałam im jedynie złe samopoczucie, żeby ich nie denerwować. Poinformowałam również o moim wyjeździe znajomych, którzy wieczorem przyjechali odebrać zakupy oraz Catarinę, której mieszkanie wynajmowałam. Wszyscy bardzo żałowali, że nie zostaję dłużej, ja sama również, ale wiem, że nie poszłabym już sama do lasu, bo bym się za bardzo tego bała. Zaplanowałam jeszcze tylko w drodze powrotnej wstąpić na wyspę Oland aby zobaczyć kamienne kręgi oraz rezerwat ptaków.  Co też uczyniłam.

Nie było już we mnie jednak tyle radości i zapału do zwiedzania co na samym początku mojej wyprawy. Dlatego też nawet odmówiłam mojej cioci, która mieszka w Goeteborgu odwiedzenia jej. Ale obiecałam, że przy następnej okazji to zrobię. Na tym etapie zaprzestam opisywania mojego powrotu do domu, ponieważ wyglądał on podobnie jak przyjazd, jeśli chodzi o trasę... jeśli chodzi o nastrój tym bardziej nie będę opisywać.

   
 

Kiedy w końcu znalazłam się w domu w Bydgoszczy byłam szczęśliwa i spokojna.

Mimo iż moja wyprawa skończyła się w tak nieprzyjemny sposób, z sentymentem będę ją wspominać, ponieważ przeżyłam również wspaniałe chwile w przeciągu tych paru dni. Myślę, że za rok również pojadę do Szwecji, tym razem jednak z kimś bliskim i może w inny rejon, aby moc poznać inne zakątki tego pięknego kraju. Również przygoda z burzą mnie wiele nauczyła.

W tym przypadku znowu spełniło się przysłowie: Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.


Magda Oleś

 

  © Szwecja.net