Szwecja.net / Turystyka / Relacje / ... = 03639
 

Jan Strychalski, lato 2006

Jak spędzić za darmo
wakacje w Szwecji?

Szwecja to przepiękny kraj, o czym przekonaliśmy się spędzając tam niemal miesiąc bieżącego roku. Kryształowej czystości woda, piękne górskie lasy, setki jezior z mnóstwem nie poławianych przez nikogo ryb, niesamowite ilości olbrzymich grzybów (koźlarze, borowiki), przepiękne górskie rzeczki, cudowne krajobrazy, niespotykana czystość i dbałość o ekologię, kultura i grzeczność gospodarzy to tylko kilka cech, jakie zapamiętaliśmy przebywając w tym pięknym kraju.

W tej pięknej krainie spędziliśmy niemal cały miesiąc.

Pisząc te, zachęcające do wyjazdu do Szwecji słowa, zdaję sobie oczywiście sprawę, że czasy są takie, jakie są i nie każdego stać na zagraniczne wojaże. Okazuje się jednak, że przy odrobinie pomyślunku i szczerych chęciach można wyjechać do tego kraju nie wydając na to ani złotówki - a mało tego, przywożąc do kraju kilkadziesiąt tysięcy koron.

Jak to uczynić?

Podpowiadam - sprawa jest prosta. Wystarczy skorzystać w Szwecji z możliwości sfinansowania takiej wyprawy, jaką jest zarobek ze zbioru jagód, a także, choć nieco później, czerwonej borówki. My też z tej okazji skorzystaliśmy, nie ograniczyliśmy się jednak wyłącznie do zarabiania szwedzkich koron, bo Szwecję naprawdę warto poznać bliżej...

 

Szwecja, anonse1

 

Spróbujmy policzyć...

Wyjeżdżając do Szwecji, nie jechaliśmy tam w ciemno, ponieważ jeżdżąc do tego kraju każdego lata, od trzech lat rezerwujemy domek campingowy już na rok następny. I właśnie koszt wynajęcia domku to pierwszy wydatek, jaki trzeba uwzględnić w kosztorysie. Drugi to prom, trzeci zużyte paliwo na dojazd do miejsca, gdzie mieszkamy, a także na przejazdy do pobliskich lasów. Wyżywienia nie liczę, bo jeść trzeba również w Polsce, a zabierając do Szwecji polską żywność wydajemy na jedzenie tylko trochę więcej niż w kraju, tym bardziej, że bezpłatnym uzupełnieniem menu są ryby i grzyby w każdej postaci, o czym piszę w dalszej części niniejszego tekstu.

Wynajęcie domku trochę kosztuje, ale nie przesadzajmy, tym bardziej, że kosztuje tym mniej, im dłużej przebywamy w Szwecji, a od początku września wyraźnie tanieje. Opłata za domek to kwota w zasadzie umowna, nam udaje się każdego roku wynegocjować na tyle dobrą cenę, że doba kosztuje każdego z nas mniej dużo mniej niż 10 złotych (!) co warte jest odnotowania tym bardziej, że domek, w którym mieszkaliśmy cieszył swą udaną funkcjonalnością.

Z daleka wyglądający normalnie, w środku mile zaskakuje. Mieliśmy w nim łazienkę, kuchnię i wygodne miejsca do spania. W kranach gorąca i zimna woda, w kuchni - lodówka, zamrażarka, kuchnia elektryczna z zainstalowanym nad nią wyciągiem i piekarnikiem do pieczenia ciast i chleba. W łazience kabina natryskowa, wszędzie wkoło grzejniki, wszystko na zdrowy ekologicznie prąd. Niejako na deser, uzupełnieniem wyposażenia był kolorowy telewizor, w którym oglądaliśmy głównie kanał sportowy, jako, że wszelkiego rodzaju zawody sportowe są zrozumiałe dla każdego kibica.

 

Tak wyglądał nasz domek z zewnątrz ...

... a tak w środku.

 

Oczywiście wynajęcie domku kosztuje, ale chcąc należycie wypocząć, nie decydujemy się na niewątpliwie tańsze rozstawienie namiotu, tym bardziej, że wyjeżdżając na miesiąc nie ponosimy w tym czasie w kraju (gdzie mamy własny domek jednorodzinny) opłat za prąd, wodę, gaz, wywóz szamba i śmieci, telefon, itp. co powoduje, że mieszkamy w Szwecji prawie za darmo!!!

Niestety nie da się ominąć kosztów promu i paliwa. Z promem nie jest jednak tak źle, bo przy odpowiednio wczesnej rezerwacji biletów płacimy za prom do Karlskrony zaledwie 299 złotych za pięć osób plus samochód, co jak łatwo zauważyć, nie jest kwotą specjalnie wygórowaną.

Pierwsze zetknięcie ze Szwecją - terminal portowy w Karlskronie. Widok z górnego pokładu promu.

Gorzej z paliwem. Przejeżdżamy w Szwecji przez cały miesiąc (łącznie z dojazdem) ok. 3 tys. kilometrów, w tym dojazd ok. 1600 km, a ponieważ nasz samochód nie jeździ na wodę, trzeba mieć w kieszeni trochę koron na zatankowanie auta w Szwecji, bo tankowanie gazem i benzyną w kraju, nie wystarczy. O tym, że po zapełnieniu zbiornika szwedzką benzyną auto dostaje zrywu niczym odrzutowiec, wspominać grzecznościowo nie będę...

Reasumując - aby spędzić w Szwecji cały miesiąc, leżąc brzuchem do góry i obserwując przechodzące chmury, a dodatkowo przejechać ok. 3000 km, trzeba przeznaczyć na osobę ok. 15 złotych dziennie. Są w tym zawarte wszystkie koszty z promem w obie strony, z domkiem i paliwem. Wydatki te, przy ubiegłorocznej cenie jagód, pokrywał zbiór czterech kilogramów tego owocu leśnego dziennie. W tym roku cena jagód wzrosła do 20 koron na pokrycie wszelkich kosztów wystarczały więc dwa (!) kilogramy jagód, dodajmy zbieranych za pomocą zbieraczki, metodą „jak leci”. Czy to dużo? Ja zbierałem średnio dziesięć razy tyle, a więc? Opłaca się? Moim zdaniem jest to okazja, jakich mało.

 

Szwecja, anonse1

 

A więc w drogę...

Podróż zaczyna się niezwykle udanie, ponieważ na promie, dzięki organizowanym tam konkursom kasujemy na dobry początek 150 koron. Młodsza córka zdobywa 50 koron (jako nagrodę w konkursie karaoke), ja zdobywam pierwsze miejsce i 100 koron za zwycięstwo w quizie muzycznym i... taniec z baletu „Jezioro Łabędzie” (?!) Przy okazji w pokazie barmanów wpada mi w ręce nagroda w postaci smakowitego drinka za 50 koron, ale o tym, aby nie rozbudzać wiadomych apetytów, pisał nie będę.

Niestety, nasz dobre nastroje psuje spotkanie z jakimś Polakiem w Karlskronie. Jegomość ów wracał właśnie do kraju, bo jak oświadczył: „jagód w Szwecji z powodu suszy w tym roku nie ma (?!), punkty skupu są w większości pozamykane i mimo, że przyjeżdża do Szwecji przez kilka lat, w tym roku daje sobie ze zbiorami spokój...”

Nie była to dobra wiadomość, zwłaszcza dla tych z nas, którzy liczyli na dobry zarobek. Dobrze, że nie załamaliśmy się jednak tą prognozą, zakładając, że może nie będzie tak źle. Jak się okazało - nie pomyliliśmy się, chciałbym natomiast zobaczyć minę owego jegomościa, czytającego tekst, który właśnie piszę...

W takich lasach zbieraliśmy jagody

 

 

Szwecja, anonse1

 

 

Podróż przez Szwecję.

Zdarzyło mi się zwiedzić kilka krajów i dlatego nie mogę się przyzwyczaić do faktu, że w porównaniu do autostrad niemieckich, a nawet polskich dróg krajowych, szosy są prawie puste! Szwedzi jeżdżą bardzo poprawnie, na dodatek, chyba tak na wszelki wypadek, na autostradzie, którą rozpoczynamy podróż po Szwecji niemal za każdym znakiem ograniczenia szybkości stoją fotoradary, zastępujące z powodzeniem Policję.

Szwedzkie drogi są znakomicie oznakowane. Właściwie nie da się tam zabłądzić. Po każdym połączeniu, czy skrzyżowaniu dróg, a także po wyjeździe za dowolną miejscowość, droga, na którą trzeba będzie skręcić, oznakowana jest na tablicach informacyjnych linią przerywaną, co z góry upewnia kierowcę, że jedzie w odpowiednim kierunku.

Nasza droga biegnie początkowo między wyciosanymi skałami i lasami ogrodzonymi siatką. Jazda jest praktycznie mało męcząca, robimy jednak przerwę na kolację, potem śpimy kilka godzin w samochodzie i dopiero nad ranem ruszamy w dalszą drogę, w stronę Sztokholmu.

W Szwecji miasteczka są ładnie oświetlone, natomiast droga do stolicy tego kraju oświetlona jest na ok. 40 kilometrów przed, i za miastem (razem ca 80 kilometrów!), co sprawia emocjonujące wrażenie.

Przez Sztokholm przejeżdżamy bez żadnych problemów, jedziemy dalej na północ, skręcamy zgodnie z mapą i wreszcie po kilku przerwach na posiłki i wypoczynek dojeżdżamy do Ramsjö - miejscowości, w której mamy spędzić niemal cały miesiąc.

   
 

Korony kuszą!!!

Do Szwecji wybraliśmy się w tym tygodniu dwoma samochodami, w jednym piszący te słowa, żona (pracownica umysłowa) i córki - studentka i uczennica liceum. Oprócz nas w samochodzie jedzie kolega starszej córki - też student. Piszę, kto jest kim, bo ma to o tyle znaczenie, że przez 21 dni nasza piątka, (z pewnością nie nawykła do ciężkiej pracy fizycznej!), zarobiła 54 333 koron, co przy kursie jaki korony sprzedaliśmy stanowi kwotę 22 928,78 złotych (!).

W drugim samochodzie jedzie brat żony, jego 10-letni syn, ksiądz Andrzej (zawzięty wędkarz), oraz jego siostra, miłośniczka zbierania grzybów i... wędkowania.

Wszyscy jechaliśmy wypoczywać, a tylko od czasu do czasu zerwać trochę jagód, na miejscu okazało się jednak, że szelest szwedzkich koron okazał się silniejszy niż chęć odpoczynku, na co wpłynęła szokująca cena jagód, czego, jak usłyszałem nie pamiętają najstarsi zbieracze runa leśnego.

Po przyjeździe na miejsce, dzwonimy do opiekującej się domkami Szwedki, z prośbą o dostarczenie klucza. I teraz mały dopisek dotyczący mentalności gospodarzy. Dostajemy klucze i nikt nie pyta, kiedy zapłacimy za domek, nie próbuje nas legitymować, sprawdzać naszych dowodów osobistych, czy paszportów i wypytywać o fragmenty życiorysów - nie musimy wnosić opłat z góry, traktowani jesteśmy normalnie, a nie jako NA WSZELKI WYPADEK, PODEJRZANI!

No cóż, w Szwecji nie ma tradycji państwa policyjnego!

   
 

Ruszamy na jagody

Pierwsze kroki kierujemy do punktu skupu, (na szczęście otwartego), gdzie dowiadujemy się, że faktycznie jagód jest mniej niż w latach poprzednich, ale wysoka cena wyrównuje ewentualne mniejsze zbiory.

Następnego ranka ruszamy do lasu i tam na miejscu okazuje się, że kto szuka ten znajdzie, bo zbieramy łącznie w piątkę 118 kilogramów jagód (każdy jednak sprzedaje swoje jagody oddzielnie), co pokrywa nam, na rozgrzewkę, koszt promu...

Kolejne dni są niemal podobne, popełniamy jednak pewien błąd. Jeździmy do wybranego na chybił trafił lasu dwoma samochodami, a to duże niedopatrzenie. Przy mniejszej niż zazwyczaj ilości jagód trwa nieświadomy wyścig o najbardziej dorodne owoce, co powoduje, że te mniejsze pozostają zaledwie przerzedzone, a powinny zostać do końca zebrane.

Dość szybko okazało się, że ryby można łapać po południu, a grzyby zbierać przy okazji i w ten sposób cała dziewiątka szybko zapomniała o przewidzianym wypoczynku i dziarsko wzbogacała swoje kieszenie, co powodowało, że uroki Szwecji pozostały, niestety, na uboczu.

Na szczęście pierwsza grupa przewidziała swój przyjazd do Szwecji na dwa tygodnie, potem zostaliśmy sami w piątkę i od tego momentu zbiory znacznie wzrosły.

Myślę, że przedstawianie szczegółowego zestawienia ilości zebranych jagód mogłoby zanudzić czytających, stąd ograniczę się do podania faktu, że rekordowy zbiór jagód i borówki osiągnęliśmy w dniu 4 września uzyskując w piątkę 4.784 korony (ponad 2 tys. złotych). Na szczęście zapał do pozyskiwania szwedzkich koron nie przesłonił nam rozsądnego spojrzenia, bo mimo takich zarobków nie zbieraliśmy jednak jagód w niedziele, ani w dniach, w których padały intensywne deszcze.

Program każdego dnia był zawsze taki sam. Do czasu, kiedy przebywał z nami ksiądz Andrzej, udział w porannej Mszy św., potem śniadanie, wyjazd do lasu, zbieranie jagód (a potem również borówki) do godziny dziesiątej. O tej porze zbieraliśmy się na drugie śniadanie, później kolejne zbieranie, ponowny posiłek, a po piętnastej powrót do domku i sprzedaż, (po drodze) jagód i borówek w punkcie skupu.

Po przyjeździe na camping gorący prysznic, obiad i wyprawa na ryby, gra w siatkówkę, czy kometkę, dobra książka, lub wyprawa nad jedno z jezior w celu zażycia przyjemnej kąpieli w kryształowej czystości wodzie.

I tak dzień za dniem z wyraźnie pęczniejącymi portfelami.

 

Jagody zebrane przed przerwą śniadaniową

Przed punktem skupu, sprzedaż borówki

Takie grzyby zbieraliśmy w otaczających nasz domek lasach

Jeden z grzybów rekordzistów

 

 

Bywały jednak niespodzianki...

Niestety, nie zawsze przyjemne. Trzy lata temu w lasach było pełno os. Każdy z nas został niegroźnie, choć dokuczliwie pożądlony, bo wspomniane owady miały gniazda we mchu i trudno je było zauważyć. W ubiegłym roku, ani w roku bieżącym os już nie było, za to natykaliśmy się kilkakrotnie na ciemnooliwkowe żmije!! Czytałem kiedyś, że stworzenia te uciekają przed nadchodzącym człowiekiem, te jednak zwijały się w kłębek i... czekały na dalszy rozwój wydarzeń. Któregoś dnia stanąłem 20 cm od łba tego gada i aż strach pomyśleć, co byłoby, gdybym postawił większy krok niż zazwyczaj. Inną przygodę miał kolega mojej córki, którego zaskoczyła żmija stając wobec niego w pozycji obronnej. Innemu koledze z campingu małą żmija wypadła ze zbieraczki, bo nawet nie zauważył, kiedy podjął ją z ziemi razem z jagodami. Brr!

Podobno jad szwedzkich żmij nie jest zabójczy dla człowieka, ale niech to oceniają badacze, dla nas ich widok przyjemny nie był, ale może jest to kwestia gustu?

Inną niespodzianką były różnego ukryte w mchu rozpadliny i dziury wśród skał, jakich pełno w odwiedzanych przez nas lasach. Sam doświadczyłem tego schodząc z jagodami z wysokiej góry - w pewnym momencie noga wpadła mi po kolano do głębokiego otworu i to tak nieszczęśliwie, że uderzyłem się kolanem o wielki kamień, wysypałem wszystkie jagody, a próbując je ratować trafiłem również ręką w duży głaz.

Efekt? Spuchnięta ręka i kolano, źle przespana noc i... dzień przerwy w celu dojścia do siebie.

Powrót do samochodu z leśnego wzgórza

Były również inne niespodzianki, milsze niespodzianki. Otóż dość często zdarzało się nam nabierać wodę w leśnych strumieniach, choćby dla umycia rąk. W jednym z tych strumieni po wyciągnięciu wiadra wody, na jego dnie zalegały drobinki, wyglądające na okruszki... złota. Było to na tyle nieprawdopodobne, że zapomnieliśmy o tym w miarę szybko, pamięć wróciła nam jednak błyskawicznie, gdy dowiedzieliśmy się od zaprzyjaźnionego z nami Szweda, że niedaleko od naszej miejscowości czynna była niegdyś kopalnia złota. Czyżbyśmy przegapili wielką okazję? Zobaczymy za rok...

   
 

Zwiedzamy Szwecję

Jagody jagodami, korony koronami, ale, tak jak pisałem, wszystkie niedziele przeznaczamy na wypoczynek i zwiedzanie bliskiej okolicy.

W taki oto sposób dotarliśmy między innymi do Järsvö, gdzie postanowiliśmy odwiedzić tamtejszy, bardzo nietypowy ogród zoologiczny. Niestety wstęp jest tam drogi, na szczęście dla grup 15 osobowych przewidziane są specjalne zniżki, trzeba jednak trafu, że nasza grupa liczyła, jak pisałem, 9 osób i teoretycznie było po zawodach. Nie w Szwecji jednak. Tam wszyscy znają angielski, dość łatwo wytłumaczyliśmy więc pani sprzedającej bilety, że kilka osób brakuje, a bardzo chcemy to miejsce zwiedzić. Zostało to przyjęte z miłym uśmiechem i wystawieniem biletu zbiorowego z dużą zniżką. Za chwilę miało miejsce kolejne zaskoczenie. Szukaliśmy, (jak u nas w kraju) jakiejś bileterki, a tam po prostu zwiedzający wchodzą na zasadzie zaufania, że mają wykupione bilety. Szok!

Samo zwiedzanie - super. Całą drogę (ok. 3 km) pokonujemy idąc pod górę, a potem w dół drewnianym pomostem, napotykając żyjące na odpowiedniej wysokości, jak w naturze, żyjące w tym kraju zwierzęta. To naprawdę warto zobaczyć.

Zwiedzanie zoo - z obu stron drewnianego pomostu żyją w naturalnych warunkach dzikie zwierzęta (stąd oddzielenie siatką).

W kolejną niedzielę zwiedziliśmy górską elektrownię w okolicach Laforsen, a w następną odległe o 56 km „pobliskie” miasteczko Ljusdal . Nie ukrywam, że zauroczyła nas czystość panująca w tym mieście, a przede wszystkim kolorowe domy, sklepy i ulice, jakich darmo szukać u nas w Polsce. Po drodze mijaliśmy stojące przed niemal każdym domem, maszty ze szwedzką flagą. No cóż, Szwedzi dumni są ze swego kraju. I mają rację!

Te piękna poroża dostrzegliśmy w... budynku gospodarczym punktu skupu.

   
 

Szwedzkie łosie

Pisząc o Szwecji trudno nie napisać o tych wielkich zwierzętach. Spotkaliśmy je w ogrodzie zoologicznym w Järsvö, ale widzieliśmy je również w lesie. Kiedyś dostrzegliśmy nawet, choć z daleka, stado liczące 8 sztuk.

Jak się okazało w stronach, gdzie mieszkaliśmy jest tych zwierząt za dużo, więc pewnego wieczoru do naszego campingu dotarli myśliwi, z bardzo podobnymi do wilków, psami. Rano, o czwartej, wyjechali na polowanie zbiorowe do wydzielonej części lasu, skąd słychać było liczne strzały. Owocem tych polowań są między innymi okazałe poroża tych zwierząt, jakie wiszą w szwedzkich domach, a nawet w... garażach. Piękne poroża można też zobaczyć na punkcie skupu.

Czyż można się dziwić, że w krainie łosia udało się nam znaleźć w leśnych gęstwinach piękną łopatę, stanowiącą część okazałego wieńca, jaki zdobi głowę tego rzadkiego w Polsce zwierzęcia?

Mamy ją do dzisiaj, na pamiątkę.

   
 

Czas na relaks

Generalnie biorąc kilkoro z nas jechało do Szwecji, z myślą, aby dorobić trochę grosza. Ale nie tylko. Nie wiem, czy nie ważniejsza była ucieczka od zgiełku i hałasu, wypoczynek na tle niczym nieskażonej przyrody i oddanie się tak odprężającym zajęciom, jak wędkarstwo lub grzybobranie.

Nie ukrywam, że lubię jeść grzyby, zbierało się również to i owo, ale takiej ilości grzybów, jak w Szwecji nigdy u nas w kraju nie widziałem. Tam koźlarze rosną nawet w przydomowych ogródkach, dość szybko przestaliśmy się jednak po nie schylać, bo nie wytrzymywały konkurencji z bardziej smacznymi osakami (koźlarz czerwony), a potem wysypującymi się masowo przepięknymi borowikami.

Nikt z nas nie zbierał tych okazów specjalnie, po prostu, podczas wypraw na jagody, grzyby znajdowały się same - i to jeden bardziej okazały od drugiego. To oczywiście wzbogacało nam całodzienne menu i powodowało znaczne oszczędności w zakupach - włączyliśmy do naszego jadłospisu: zupy grzybowe, grzyby smażone i duszone w różnych postaciach, a wszelkie nadwyżki zaprawialiśmy o occie i suszyliśmy. Przywieźliśmy to wszystko do kraju i zjadamy je w różnych potrawach do dzisiaj. Pycha!
 

 

Koźlarze rosły nawet w przydomowych ogródkach

 

W tej kryształowej przejrzystości wodzie widać było stada pływających okoni.

Raj dla wędkarzy

Kiedy po raz pierwszy zaszliśmy na brzeg jednego z jezior czekało nas... przetarcie oczu. Nad jeziorem o linii brzegowej ok. 60 kilometrów, mimo pięknych warunków pogodowych, nie było widać ANI JEDNEGO WĘDKARZA.

U nas dzielne rybołapy siedzą, jeden drugiemu na plecach, tam całe dobrodziejstwo inwentarza przeznaczone było wyłącznie dla nas! Mam wrażenie, że tutaj RYBY SZUKAJĄ WĘDKARZA, co nie dziwi w sytuacji, gdy Szwedzi nie są zainteresowani przesiadywaniem nad wodą, a ryb nie trzebi się sieciami, czy, jak to modne w Polsce- wybija masowo prądem.

Nie jestem wytrawnym wędkarzem, mam nawet kłopoty z poprawnym założeniem na haczyk robaka, tam jednak zawsze wracałem z napełnioną siatką, dzięki czemu w naszym stałym menu mieliśmy ryby smażone, mielone kotlety rybne, zupę z ryb, ryby w occie na kwaśno, na słodko, z cebulą, olejem itd.

Pochwalę się przy okazji nieskromnie, że w ramach wędkowania trafił mi tak duży szczupak (patrz zdjęcie), że nie mogłem go wydostać z wody, nie rozwijam jednak tematu, aby oszczędzić nerwy wędkarzy...
 

   
   
 

Jedna ze złowionych ryb przez autora tekstu.

W jakim świecie my żyjemy?

Zdarzenie, które teraz opiszę w Polsce nie mogłoby praktycznie zaistnieć. Pewnego dnia żona z córkami wybrały się na plażę. Nie było tłoku, rozłożyły więc koce, potem rozpoczęło się opalanie i kąpiel w przejrzystej jak kryształ wodzie.

W pewnym momencie na plażę przyjechały na rowerach jakieś dzieciaki, zdjęły złote łańcuszki i wisiorki, wyjęły z kieszonek portfeliki z pieniędzmi, położyły to wszystko(!) na pomoście i potem na dwie godziny przepadły bez wieści, baraszkując w innej części jeziora. Czy znajdzie się ktoś, chciałby powtórzyć podobny wyczyn w Polsce? Przecież u nas kradnie się nawet mosty i lokomotywy, drwiąc z sądów i Policji. Tam, przez miesiąc pobytu w Szwecji, ani raz nie zobaczyliśmy szwedzkiego policjanta. Jakoś nie widać tam dzielnych funkcjonariuszy czających się za zakrętem i polujących na rowerzystów, wiem jednak, że Policja stawia się natychmiast na wezwanie, gdy jest taka potrzeba. Ot, co kraj, to obyczaj!

Do zobaczenia za rok

Nie ukrywam, że powrót do Polski przyjęliśmy z najwyższą przykrością. Przyzwyczailiśmy się do niezapomnianych krajobrazów, a także wysokiej kultury i grzeczności gospodarzy. Na szczęście, dzięki serdecznym kontaktom z przyjaznymi nam gospodarzami, już teraz umówiliśmy się z nimi na przyszły rok.

Do widzenia Szwecjo, spotkamy się za rok!

 

 

Szwecja, anonse1

 

 
Jan Strychalski
janekstr@wp.pl

 

Foto: Jan Strychalski.
© Szwecja.net