Szwecja.net / Turystyka / Relacje / Z wizytą u Wikingów...    01164

 

Magdalena Łesak, lato 2005

Z wizytą u Wikingów

To już kolejna nasza wyprawa do Szwecji - kraju za którym tęsknię już w momencie, gdy prom wiezie mnie z powrotem do Polski. Nikt, kto tu nie był, nie zrozumie tego uczucia, bo zdjęcia i opowieści nie oddadzą klimatu właściwego tym niezwykłym terenom.

Gdy po raz pierwszy jechałam do Szwecji w 1995 roku nie wiedziałam, że będzie to podróż mojego życia, że zakocham się w tym kraju tak bardzo, że zechcę tam wracać tak często, jak to tylko będzie możliwe.

Niesamowitą przygodą jest już sama podróż promem. Pamiętam, że dawniej wyobrażałam sobie go jak taki trochę większy statek i pamiętam, że gdy pierwszy raz znalazłam się na terminalu w Gdańsku nie mogłam uwierzyć, że ten kolos to właśnie prom. Od razu poczułam się bezpieczniej, zniknęły obawy co do morskiej przeprawy. Na pokładzie jest zawsze mnóstwo atrakcji, ale już sama możliwość obcowania z bezmiarem morza sprawia niezwykłą przyjemność i przyprawia o dreszcz emocji, bo wszędzie jak okiem sięgnąć, widać tylko wodę...

 

Prawie w porcie Nynäshamn.

 Ostatnie chwile przed zejściem na ląd w Nynäshamn.

 

Podróż

Tak było i tym razem. Tak szybko, jak to tylko możliwe, rozlokowujemy się w kabinie i wychodzimy na pokład, by nie umknęło nam nic z tej niezwykłej podróży. Wspaniałe widoki można podziwiać z górnego pokładu promu jeszcze przed wypłynięciem: Westerplatte, gdańska plaża, stara latarnia. Wypływający z portu prom bardzo entuzjastycznie żegnają plażowicze, ale my myślami jesteśmy już przy magicznych wysepkach portu Nynäshamn.

Podróż trwa dość długo, ale płynie się niezwykle komfortowo. Właściwie można zapomnieć, że jest się na promie. To taki kompleks hotelowo - usługowy, w którym każdy znajdzie coś dla siebie: sklepy, kawiarnia, restauracja, dyskoteka, kino...

Rano wstajemy skoro świt, by porobić zdjęcia. Jest ciepło, nie czuć skandynawskiego chłodu. Widoki - niesamowite; zapierające dech w piersiach nagie skalne wysepki z miniaturowymi latarniami; miejscami zalesione, choć skalne wybrzeże; lazurowe morze... Stoimy urzeczeni tak długo, aż głos z megafonu nie nakaże nam schodzić na pokład samochodowy. Ale przecież to dopiero początek, przygoda dopiero się zaczyna!

Wyjeżdżając z promu, bardzo niecierpliwie czekamy na swoją kolej odprawy, by jak najszybciej móc zobaczyć, poczuć, że to Ona, że nic się nie zmieniła przez rok... Szwecja... Wzrusza nas jak zwykle swoim pięknem i tak innym od naszego krajobrazem. Jej klimat trudno oddać słowami - to po prostu trzeba zobaczyć!

Nie jedziemy daleko. Musimy, po prostu musimy choć na moment się zatrzymać, nacieszyć, że znowu tu jesteśmy. Wjeżdżamy na najbliższy parking, w pobliskiej kawiarence z widokiem na morze pijemy kawę i wdychamy orzeźwiające morskie powietrze. Za dwie godziny będziemy u celu - w sennym, ale bardzo uroczym Strängnäs. Po drodze ze wzruszeniem oglądamy znajome widoki: rezerwat dzikich kaczek, niewielką osadę - wypisz wymaluj jak Bullerbyn, mnóstwo tak charakterystycznych dla szwedzkiego krajobrazu czerwonych, drewnianych domków.

W miejscowości Szödärtälje, przez którą przejeżdżamy, znajduje się chyba największe w Szwecji więzienie. Lubię to miejsce, bo najpierw widać same łąki, a dopiero w oddali za murami olbrzymi teren więzienia; jasne, dość niskie budynki - bardzo estetyczne. Malowniczy widok, zwłaszcza, że na tych „więziennych” łączkach często... pasą się krowy! Nieco dalej wznosi się olbrzymi kolejowy wiadukt ciągnący się w poprzek jeziora. Wygląda trochę jak rzymski akwedukt.

Wszystko znajdujemy takie, jak je zostawiliśmy rok temu... to wielkie szczęście móc oglądać to raz jeszcze.

 

Szwecja, anonse1

 

Strängnäs

Zaraz pierwszego dnia pobytu - po obiedzie - idziemy na obchód miasta. Strängnäs to niewielkie miasteczko położone 80 km od Sztokholmu.

Jego główną atrakcją jest przystań jachtowa i urocza starówka - tam właśnie kierujemy swe kroki. Już z daleka widać skrzydło starego wiatraka, co nadaje temu miastu nieco holenderskiego klimatu, i kościół na sporym wzgórzu. Nie brak tu polskiego akcentu - w kościele można oglądać kajdany, które nosił więziony w Polsce syn szwedzkiego króla. Dzieci, jak w każdym szwedzkim kościele, czeka nie lada gratka - kącik do zabaw w jednej z naw bogato wyposażony w zabawki, gry, stoliki, przy których można malować... Pomyślano też o toalecie...

Dość długo czekamy w przedsionku chcąc kupić pocztówki, przy okazji oglądamy różnego rodzaju książki, dewocjonalia. W końcu okazuje się, że sprzedający nie przyjdzie, bo... go po prostu nie ma - kupuje się samemu. Dostrzegamy w kącie skarbonkę z napisem „zapłać tu” i trochę nam wstyd, że w Polsce byłoby to nie do pomyślenia!

Trasę naszego spaceru wyznacza brzeg jeziora Mälaren. Jesteśmy zachwyceni drewnianymi pomostami, nawodnymi kawiarenkami, oszklonymi domami przy jeziorze, a przede wszystkim tym niezwykłym spokojem, który udziela się każdemu. To niezwykłe miejsce. Zwierzęta obcują tu z ludźmi: jeże ufnie przychodzą do ogródków, potrącają noskami specjalnie wystawione dla nich miseczki; zające pasą się jak gdyby nigdy nic na trawniku w samym centrum miasta, kaczki zawojowały okolice przystani, nawet dzikie ptaki pokazują się niezwykle często. Ale to, co najbardziej zwraca moją uwagę, to wzajemna życzliwość. Ludzie w Szwecji są weseli, uśmiechnięci, zagadują do siebie na ulicy, dzieci rozkosznie radosne biegają na bosaka po kałużach albo wożą się w śmiesznych, drabiniastych, drewnianych wózeczkach z długą rączką, szczęśliwi staruszkowie trzymają się za ręce, widać ludzi schorowanych, niepełnosprawnych, ale zadowolonych z życia, towarzyszą im młodzi opiekunowie, choroba nie wzbudza tu sensacji, nikt nie ogląda się za osobami otyłymi, źle ubranymi, innymi. Bardzo często organizowane są w mieście imprezy, na które przychodzą całe rodziny: młodzi siadają obok dorosłych, dzieci w zgodzie ze starszymi bawią się, śpiewają, tańczą. Czujemy się tu naprawdę swobodnie i bezpiecznie. Wszyscy kierowcy zatrzymują się, gdy podchodzi się do przejścia dla pieszych; nie gdy się już stoi przy krawężniku, tylko właśnie gdy się podchodzi, nawet z daleka. Nieraz aż śmiesznie to wygląda, bo właśnie człowiek miałby ochotę postać, odsapnąć po długim marszu, a tu nic z tego, trzeba pędzić jeszcze przez pasy. I to już nie do uwierzenia, ale w mniejszych miastach (typu Strängnäs) kierowcy zatrzymują się nawet, gdy mają zielone światło! Szwedzi są bardzo praworządni, nigdy nie łamią zakazów. Jak obowiązuje 50, to nikt nie pojedzie szybciej. Byłam świadkiem, gdy kobieta widząc, że drzwi płatnej toalety są otwarte, najpierw je zamknęła, następnie wrzuciła 5 koron i dopiero powtórnie otworzyła.

Nie widziałam ludzi wychodzących z pracy zmęczonych, z nosem przy ziemi. Mają w sobie niesamowitą radość życia, ale generalnie nigdy nigdzie się nie spieszą. Po pracy aktywnie wypoczywają - sporty uprawiają wszyscy, starsi maszerują ze specjalnymi kijkami, które przypominają te od nart. W Strängnäs wyznaczone są specjalne ścieżki do spacerów i biegania (w lesie). Są dokładnie oznaczone i wymierzone; można wybrać się na 2, 5, 10 czy 15 kilometrów.

 

Przystań jachtowa w Strängnäs.

 

Kościół w Strängnäs

 

Wokół jeziora Mälaren (Strängnäs).

 

 

Wszystkie miejscowości położone nad Mälaren (Szwedzi skracają do Mälar) są piękne, malownicze, wypieszczone. Zwykle komunikację ułatwiają „akweduktowe” mosty, bardzo, bardzo wysokie (dostaję zawsze gęsiej skórki ze strachu, gdy po nich jadę, a potrafią się ciągnąć z kilometr), to wymarzone miejsce dla miłośników jachtów i wodniaków.

W pierwszą noc długo nie możemy zasnąć, bo za oknem... nie robi się ciemno! Jest zaledwie szaro. Nie jesteśmy daleko na północy, a jednak słynne białe noce sięgają okolic Sztokholmu. Rano jak typowi Szwedzi rozsiadamy się w kuchni nad kubkami aromatycznej kawy (piją jej niesamowicie dużo) i czytamy poranną prasę. Z okna widzimy Szwedów wyprowadzających z garaży swoje Volva, ale mnóstwo z nich jeździ rowerami (wielokrotnie widziałam elegancko ubrane kobiety jadące do pracy właśnie rowerem).

Tego dnia mamy zaplanowaną wycieczkę do Mariefred - miasteczka , którego nie można pominąć, jeśli jest się w okolicach Sztokholmu (w przewodnikach określane jest mianem wioski, ale na pewno wioską nie jest).

Szwedzka wieś.

 

W drodze na na most.

 

Mariefred

Celowo wybieramy „wiejską” drogę, która wiejską jest tylko z nazwy. Wieś w Szwecji zupełnie nie przypomina naszej. Mijamy kolorowe drewniane budynki, czyste, zadbane zwierzęta i wielkie połacie zielonych łąk i lasów, wśród których gdzieniegdzie „wyrastają” skały. Moją uwagę przykuwa tzw. energiskog - specjalny gatunek wierzby przeznaczony po obróbce na opał. Przy każdym zabudowaniu obowiązkowo maszt z szwedzką flagą, która dumnie łopocze na wietrze i miniaturowy domek zabaw dla dzieci. Cały czas trzymam aparat w pogotowiu, bo mam nadzieję na spotkanie z łosiem. Niestety łosi nie widać - podobnie jak znaków ostrzegających przed nimi - ponoć masowo kradną je turyści, dlatego rozmieszczane są tylko przy autostradach. No cóż - myślę - pocieszę się pocztówką albo nalepką z łosiem, którą nieodmiennie od lat przyklejamy na każdym naszym nowym samochodzie jako znak uwielbienia dla Szwecji. Przed samym Mariefred widzę coś dziwnego na polach - podjeżdżamy bliżej i stwierdzam, że to stada dzikich gęsi - idealna ilustracja do „Cudownej podróży” S. Lagerlöf. Podchodzę tak blisko, jak to możliwe i robię serię zdjęć wyrażając głośno swoje niezadowolenie z powodu zbyt małego zoomu w aparacie. Ten niesamowity widok nastraja nas tak optymistycznie, że prawie nie martwimy się psującą się nagle pogodą, tym bardziej, że wybieramy się do zamku.

Zamek Gripsholm od strony jeziora.

 

&8222;Baśniowy" zamek Gripsholm.

 

Zamek Gripsholm - wzniesiony na wyspie - to największa atrakcja miasteczka, zwykle oblegany jest przez turystów (trudno się dziwić - to jeden z najpiękniejszych szwedzkich zamków). Za każdym razem robi na nas duże wrażenie - wybudowany z czerwonej cegły wygląda jak z bajki! Idąc żwirową ścieżką zastanawiamy się czym tym razem nas ujmie. Z każdym krokiem cieszę się coraz bardziej, bo bardzo lubię to miejsce. Po drodze robimy tradycyjne zdjęcia dwóm głazom runicznym, przechodzimy przez fosę i już jesteśmy na rozległym dziedzińcu, na którym uśmiechają się do nas „ryjki” dwóch armat (ich lufy wyobrażają świńskie głowy). Zadzieramy głowy i widzimy basztę, gdzie urodził się król Polski Zygmunt III. Karmimy naszą wyobraźnię historią o jego rodzicach - Janie Wazie i Katarzynie Jagiellonce, którzy przez sześć lat byli więzieni w tej baszcie przez niezrównoważonego króla Szwecji i brata Jana - Eryka, zwanego Szalonym. Przechodzimy na wewnętrzny dziedziniec zamku i już tradycyjnie wrzucamy grosiki do stojącej na środku studni (przecież chcemy tu wrócić!) Tymczasem Rodzina robi nam niespodziankę - kupuje bilety wstępu na zamek. Pierwszy raz wchodzimy do środka...

Jesteśmy nieco rozczarowani, bo wewnątrz nie można robić zdjęć. W przedsionku wita nas wielki portret obecnie panującej rodziny królewskiej. Kolejne sale również obwieszone są portretami, wśród nich wisi konterfekt naszego Stanisława Augusta Poniatowskiego. Moją uwagę rozprasza nieco chłopiec, którego rodzice są wśród naszej grupy zwiedzających. Maluch za każdym razem kładzie się na podłogę i dotyka dosłownie wszystkiego, co tylko da się dotknąć. Kolejny raz przekonuję się, że Szwedzi mają anielską cierpliwość do dzieci i pozwalają im dosłownie na wszystko.

 

&8222;Ryjki&8221; armat na dziedzińcu zamku Gripsholm.

 
Największe wrażenie robi na nas sala teatru dworskiego Gustawa III, szkoda, że zbyt słaba konstrukcja nie pozwala na wystawianie tam sztuk. Po godzinie pełnej wrażeń wychodzimy z zamku i korzystając z poprawy pogody odpoczywamy w jego cieniu na licznie rozmieszczonych ławeczkach. Niektóre z nich są pomysłowo ustawione na małych wysepkach połączonych z lądem malowniczymi mostkami. Plusk jeziora, cisza, spokój, widok zamku Gripsholm - można tak przesiedzieć cały dzień, a tu czas ruszać w drogę, bo dochodzą nas odgłosy pobliskiego festynu. Trzeba mieć szczęście, by wybrać się do Mariefred właśnie wtedy, gdy się on się odbywa. Już po drodze mijają nas ludzie ubrani w stroje z dawnych epok i to nie tylko dzieci, ale przeważnie dorośli (od razu przypomina mi się moje ulubione zdjęcie szwedzkiej pary królewskiej- kiedy przybyli do Mariefred obchodzić swoją rocznicę ślubu też byli przebrani!).

Dochodzimy do rozległego placu pośrodku którego ustawiono arenę, na której toczą się walki rycerzy, wszędzie pełno straganów z różnościami: rycerskimi bibelotami, słodyczami. Kupujemy przepyszne pieczone jabłka obtoczone w słodkiej masie i za jedyne 10 koron. Próbujemy swoich sił w strzelaniu z łuku. Niezbyt nam to wychodzi. Ubawieni kierujemy się ku centrum miasteczka, by pospacerować wśród drewnianych domków i wejść choć na chwilę do uroczego „kościółka ślubów”, którego biała sylwetka jest widoczna z każdego miejsca Mariefred. I tym razem trasę naszego spaceru wyznacza brzeg jeziora. Przyglądamy się chwilę rybakowi stojącemu na jednym z pomostów, gdy oto wyciąga z wody pokaźnego szczupaka. Spieszymy z gratulacjami a on chętnie pozwala sfotografować swoją zdobycz.

 

Taaaaaka ryyyba.

 

&8222;Kościółek Ślubów&8221; w Mariefred ,

   
 

W Mariefred czeka nas jeszcze jedna atrakcja - przejażdżka prawdziwą „ciuchcią”. Ochoczo ruszamy ku staremu, ale świetnie zachowanemu budynkowi dworca. Zrobiono wszystko, by zachować ducha dawnych czasów: przed budynkiem widać stare kufry, a bilety są tak jak dawniej - kartonikowe. Wnętrze budynku dworca jest również w starym stylu. Wszystko świetnie zachowane - nawet kolejarze i maszyniści ubrani w mundury takie, jak przed laty. Wreszcie na dworzec wtacza się ciuchcia w kłębach pary - zajmujemy miejsca i odjeżdżamy, a poprzedzone to jest prawdziwym kolejarskim rytuałem. Wkrótce jesteśmy na miejscu w muzeum kolei w Läggesta. Tu niespodzianka - tory się kończą a my zastanawiamy się jakim sposobem przestawią i odwrócą lokomotywę. Nasze wątpliwości zostają rozwiane - ciuchcię obraca się ręcznie na specjalnym mechanizmie kołowym - również pozostałości dawnych czasów. Jeszcze parę minut przerwy, czas na zdjęcia i wracamy z powrotem do Mariefred, gdzie na dworcu czekają już kolejni amatorzy tej niezwykłej podróży czasie. Z żalem opuszczamy Mariefred, ale i z nadzieją na powrót (przecież nasze grosiki leżą w studni...).

Przez następnych kilka dni i licznych wycieczkach do pobliskiej Eskilstuny i Västeras zastanawiamy się, czy jechać do znanego już nam Sztokholmu, którego wciąż nie mamy dosyć, czy może wybrać się do Uppsali, która kusi mnóstwem miejsc wartych obejrzenia, a w której jeszcze nie byliśmy. Ciekawość zwycięża - wybieramy Uppsalę. Towarzyszy nam dreszczyk emocji, bo wybieramy się sami, bez naszej szwedzkiej rodziny, czy zdołamy odnaleźć wszystkie zabytki i dotrzeć za miasto do Gamla Uppsala?

 

Podróż w czasie Đ &8222;ciuchcia&8221; w Mariefred.

Dworzec w Mariefred,

 

Uppsala

Droga jest bardzo prosta - wszystko dokładnie oznaczone - trafiamy bezbłędnie wprost pod Katedrę. Jestem w wyśmienitym nastroju, bo wreszcie udało mi się sfotografować znak „Uwaga łosie!”. Wkrótce okazuje się, że nie mamy drobnych na parking - wszędzie stoją parkometry! Przełamuję wstyd przed mówieniem po szwedzku i zaczepiam życzliwą Szwedkę, która chętnie rozmienia nam pieniądze.

Sporo czasu mija zanim znajduję miejsce, z którego mogę dogodnie sfotografować katedrę - jest tak wielka, że nie mieści się w kadrze. Jej ogrom to wynik chęci rywalizacji z Norwegami, których budowle były bardziej okazałe. Obok katedry znajduję głazy runiczne, które oczywiście uwieczniam na fotografii. Wchodzimy do środka i chwilę milczymy, bo katedra jest naprawdę niesamowita. Robi wrażenie nie tylko jej ogrom, ale dosłownie wszystko! Wpisujemy się do Księgi Gości (takie księgi wyłożone są prawie we wszystkich kościołach) i ruszamy na zwiedzanie. Na szczęście mamy przed sobą plan katedry i dokładny opis wszystkich kapliczek (można go było kupić na miejscu - po polsku!). Chodzimy urzeczeni od kapliczki do kapliczki oglądając a to sceny z życia św. Eryka, jego relikwie, to sarkofag króla Gustawa Wazy, grobowiec Katarzyny Jagiellonki, Linneusza, a nawet pamiątki po papieżu Janie Pawle II.

Wychodzimy niezadowoleni, że tak szybko, ale przed nami jeszcze tyle do zobaczenia. Z zewnątrz oglądamy uniwersyteckie Gustawianum z dachem w kształcie cebuli i budynek uniwersyteckiej biblioteki - Karolina Rediviva (warto byłoby wejść z racji zbioru pamiątek po Koperniku) i kierujemy swe kroki ku sporemu wzniesieniu na którym znajduje się zamek wybudowany przez Gustaw Wazę i bastion z którego roztacza się malowniczy widok na katedrę i całą Uppsalę. Zamek oglądamy jedynie z zewnątrz - nie robi na nas wrażenia (zwłaszcza w porównaniu z Gripsholm). Za to z dziedzińca można zrobić wspaniałe zdjęcia na znajdujący się w dole Ogród Botaniczny. Kończymy zwiedzanie tej części miasta i jedziemy do centrum.

'

Widok z dziedzińca zamku w Uppsali.

 

Upragniona zdobycz.

 

Znalezienie parkingu w centrum oczywiście graniczy z cudem, jeśli się nie chce przepłacać 30 koron za godzinę to trzeba się nieco natrudzić. W końcu udaje nam się znaleźć bezpieczny i w miarę tani parking niedaleko dworca. Cieszymy się, że znaleźliśmy się w tych okolicach, bo słyszeliśmy, że pomnik B. Hjortha, który znajduje się naprzeciwko budynku dworca jest nieco kontrowersyjny. Idziemy i upss....to faktycznie trzeba zobaczyć samemu. Po centrum chodzimy około dwóch godzin. Atmosfera Uppsali trochę przypomina nam Sztokholm, może tylko mniej jest turystów. Mnóstwo młodych ludzi (wszak to miasteczko studenckie) różnych narodowości. Bardzo sympatycznie, spokojnie, stylowo. Brak gotówki kieruje nas do kantoru (w Szwecji nosi nazwę Forex), gdy zastanawiamy się nad opłacalnością transakcji (tu wszędzie pobiera się dodatkową prowizję) niespodziewanie ktoś odzywa się do nas po polsku. Okazuje się, że dziewczyna z kantoru była rok na studiach w Polsce! Gawędzimy z nią parę minut i dziwimy się jak świetnie radzi sobie z naszym ojczystym językiem; wymieniamy pieniądze i ruszamy do Starej Uppsali.

Tym razem nie jest tak prosto; jedziemy według wskazówek dziewczyny z kantoru, ale trochę błądzimy, bo nigdzie nie ma oznaczeń na Gamla Uppsala. W końcu poddajemy się i zjeżdżamy na parking przy wielkim centrum handlowym. Kolejny raz próbuję swych sił w szwedzkim. Przemiły Szwed porzuca swoje zakupy i rodzinę i dokładnie tłumaczy nam jak dojechać bogato operując słówkiem „korsning”, a ja za nic nie mogę sobie przypomnieć co to znaczy. Tymczasem na tym „korsning” opiera się cała jego wypowiedź! Wyjmuję notes, a Szwed rysuje nam eleganckie skrzyżowanie, no tak, teraz wszystko jasne. Dziękujemy najpiękniej jak umiemy i teraz już trafiamy bez trudu. Byliśmy bardzo blisko.

 

 

Kontrowersyjny pomnik B.Hjortha od mniej kontrowersyjnej strony.

 

Kurhany w Gamla Upsala.

 

Gamla Uppsala

To, co widzimy na miejscu przerasta nasze najśmielsze oczekiwania. Idziemy asfaltową drogą a w oddali widać pokryte zieloną trawą kurhany. Czuję się niezwykle i całkowicie poddaję się atmosferze tego miejsca. Z tablic informacyjnych dowiadujemy się, że pochowani tu są trzej starożytni królowie: Adlis, Egil i Aun. Już wcześniej czytaliśmy o kulcie nordyckich bogów i o tym, że właśnie na tym miejscu co 9 lat składano ofiarę z 9 ludzi. Tak tu teraz cicho i spokojnie...

Na miejscu krwawych wydarzeń wybudowano katolicki kościół. Najpierw wdrapujemy się na jedyny kurhan, który nie został ogrodzony - to tzw. tinghög - wzgórze parlamentu. Z niego najdokładniej widać pozostałe kurhany: osthögen, mitthögen i vasthögen. Środkowy - mitthögen nadal czeka na swojego Champolliona.

Mija sporo czasu zanim nasyceni widokiem schodzimy ze wzgórza i idziemy do kościoła. Tam w księdze gości zapisujemy swoje marzenie i zachwycamy się skromnością, wręcz ubóstwem tego budynku. Nawet ołtarz jest niezwykle skromny. W tle słychać sakralną muzykę. Na zewnątrz odnajdujemy kolejny kamień runiczny, tym razem wmurowany w ścianę kościoła. Nie możemy się oprzeć, by nie obejść wszystkich kurhanów... i dobrze, bo przy okazji robimy bardzo udane zdjęcia.

Czas płynie nieubłaganie, odchodzimy, a ja ciągle odwracam się, by zachować widok kurhanów z Uppsali na zawsze. Kręta ścieżka wiedzie nas do Muzeum Historycznego. Wchodzimy do niego, ale tylko po to, by w sklepiku kupić jakąś pamiątkę. Najbardziej podoba mi się figurka żony Wikinga z dzieckiem i to właśnie ją kupuję, a w dłoni ściskam mały kamyczek wzięty z kurhanu. Droga powrotna mija niezwykle szybko. Jesteśmy zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi. Postanawiamy poszukać w pobliżu więcej miejsc o tajemniczej historii.

 

Szwecja, anonse1

 

Okolice Västeras

Przypadkowo dowiadujemy się, że w okolicach Västeras znajduje się kurhan króla Anunda.

Zachęceni wrażeniami z Gamla Uppsala postanawiamy go odnaleźć. Nie mamy z tym problemów, bo już od centrum miasta kierują nas drogowskazy. Spodziewaliśmy się samotnego kurhanu, a już z drogi widać rozległą łąkę z co najmniej kilkoma wzgórzami i głazami. Parkujemy samochód w specjalnie wyznaczonym miejscu i idziemy na łąkę. Żeby dojść do właściwego kurhanu trzeba minąć głazy, które na pierwszy rzut oka ustawione są w okręgach. Dopiero po męczącej wspinaczce na szczyt okazuje się, że głazy widziane z góry tworzą kształt łodzi! Obok właściwego kurhanu jest kilka mniejszych - to według tablic informacyjnych znak, że był to ośrodek życia Wikingów. Fotografuję się na wszystkich głazach, na jakie zdołam się wspiąć (są całkiem spore), a niedaleko ulicy czeka na mnie niespodzianka - to czego szukam najbardziej - kolejny głaz runiczny. To miejsce jest niewątpliwie rzadziej odwiedzane niż Gamla Uppsala, a szkoda , bo jest równie niezwykłe i tajemnicze.

W drodze powrotnej napotykamy na znany nam już szwedzki znak, oznaczający miejsca godne uwagi. Zjeżdżamy w leśną drogę i na skraju lasu odnajdujemy kolejną osobliwość - kamienny krąg. I znowu żal się rozstawać i tylko zdjęcia będą przypominały nam o tym cudownym miejscu.

 

Widok z kopca Anunda (okolice Västeras.

 

Okolice Strängnäs

Widok kolejnych run sprawia, że rozsmakowaliśmy się w ich poszukiwaniu na dobre. Wiemy, że w pobliżu Strängnäs w Stallarhollmen, gdzie odbywa się coroczny festiwal Wikingów, również można je odnaleźć. I tym razem nikt nam nie pomaga, bo nikt nie ma pojęcia, gdzie ich szukać. Jedziemy „w ciemno” do pobliskiego Stalarhollmen i pytamy kobiety ze sklepiku nad jeziorem czy nie wie, gdzie są runy. Szwedka mówi, że niedaleko i wskazuje mniej więcej kierunek. Jezioro jest tak urocze, że postanawiamy chwilę zostać. Jak wszędzie cisza i spokój, ja z natury tchórzliwa przełamuję tu swoje bariery i śmiało wchodzę na pływające pomosty.

Ruszamy na dalsze poszukiwania. Znajdujemy jeden spory głaz, ale wiemy, że to nie to - run powinno być więcej. Włazimy na pobliskie wzgórze i szybko z niego zbiegamy, bo... obsiadły nas wielkie czerwone mrówki! Wykonując nieskoordynowane ruchy musimy śmiesznie wyglądać.. Po wypędzeniu intruzów (a jednak parę znalazło się w samochodzie...) jedziemy dalej, prawie do miejscowości sa i prawie że mijamy właściwe miejsce, bo na łące jak gdyby nigdy nic pasą się... konie!!! Zatrzymujemy się na poboczu i nie dowierzamy własnym oczom. Miejsce oznaczone jest jako osobliwość, opatrzone we wszystkie tablice informacyjne, a na bramce prośba o jej zamykanie i uważanie na konie! Na szczęście te miłe zwierzątka są na drugim końcu łąki i mają zasłonięte oczy, śmiało podchodzę do głazów. Są jak zwykle niesamowite.

 

Stallarholmen Đ magiczny krąg.

 

 

Dokumentuję kolejne odkrycie. Muszę już kasować niektóre zdjęcia - zrobiłam ich niesamowicie dużo. To najbardziej „dzikie” spośród miejsc w których byliśmy. Kamienie znowu tworzą magiczny krąg. Mam urodziny, więc staję w środku, myślę życzenie i jestem pewna, że wypowiedziane w tym miejscu spełni się. Wychodzimy z pastwiska starannie zamykając furtkę. Po drugiej stronie drogi roztacza się widok również godny uwagi: pola tworzą różnobarwny kobierzec, na dodatek wszystko widzimy jakby z góry...Wracamy, bo jeszcze tego samego dnia czekają nas odwiedziny u szwedzkich znajomych.

W gościnie u Szwedów

Mieszkamy u rodziny szwedzko-polskiej, więc wizyty Szwedów są niezwykle częste (to mit, ze Szwedzi wcale się nie odwiedzają). Tym razem to my mamy wybrać się z wizytą na specjalne zaproszenie jednego ze znajomych naszej rodziny. Zaproszenie jest wyrazem wdzięczności za to, że pomogliśmy przy redagowaniu przemówienia, z którym ów Szwed miał wystąpić na weselu swoich polskich znajomych. Okazuje się, że Szwedzi są niezwykle gościnni a przy tym w ogóle nie krępuje ich obecność „obcych” w domu. Anders u którego jesteśmy, również do takich należy. Oprowadza nas po całym domu, pokazując wszystkie zakamarki. To typowy szwedzki dom: z flagą na maszcie, napisem „Vällkomen” na drzwiach i charakterystyczną artystycznie pomalowaną skrzynką pocztową. Na każdym kroku można znaleźć szwedzkie bibeloty: miniaturowe flagi, haftowane serwety, figurki trolli, lampki w oknach i przede wszystkim to, co lubię najbardziej: koniki z Dalarny (te kolorowe figurki podbiły moje serce od pierwszego pobytu w Szwecji, ponoć są symbolem czasów, kiedy Szwedom nie powodziło się najlepiej i musieli robić dzieciom drewniane zabawki). Rozsiadamy się na wielkiej, oszklonej werandzie z cudownym widokiem na jezioro. Chcę być miła i chwalę widok słowami: „Jakaż piękna wyprawa!”, co wzbudza lekką konsternację , bo dom, z którego przyszliśmy nie jest zbyt daleko. Szybko okazuje się, że pomyliłam słówka „utflykt”- wycieczka z „utsikt”- widok i robi się bardzo wesoło. Najpierw na stół wjeżdżają dzbanki z kawą i herbatą, typowo szwedzkie herbatniki - pepparkakor i... kanapki! Okazuje się, że Szwedzi do kawy podają kanapki. Te kanapki kochają tak bardzo, że prawie na każdym kroku można spotkać bary kanapkowe, czy chociażby bufety z kanapkami, a nawet kupić kanapkowy tort! Chleb jest przepyszny - słodki. Nam jednak najbardziej smakują cienkie placki chlebowe, które smaruje się np. masłem i potem zwija jak naleśniki albo inne okrągłe placuszki z dodatkiem anyżu. Słodki smak to nie pierwszyzna, bo chyba właśnie ten smak mieszkańcy tego kraju lubią najbardziej: kto inny wpadłby na pomysł jedzenia mięsnych kulek z dżemem, nawet jeśli jest to specjalny dżem z borówek? A śledź sporządzany na słodko? Na szczęście moja ulubiona szwedzka potrawa JanssonŐs frestelse (zapiekanka z anchois) nie jest słodzona... Pan Anders posiada też specjalną księgę gości do której z dumą wpisujemy się i my. Wizyta dobiega końca. Jestem niezwykle wzruszona, bo na pamiątkę otrzymuję ślicznego czerwonego konika z Dalarny, wprost z zakładu braci Ollson z Nusnäs.

 

Po prostu Szwecja.

 

Konki z Dalarny.

Uroki szwedzkiej wsi.

 

Dobiega końca nie tylko wizyta u Andersa , ale w ogóle nasza wizyta w Szwecji.

Dni teraz pędzą jak szalone, a my, coraz bardziej smutni, szykujemy się do odjazdu.

Nigdy nie wiadomo, co przyniesie los i czy znowu wrócimy do ukochanych miejsc. Wieziemy jak talizmany fotografie, foldery, książki, kamyczki i bibeloty. To one będą budowały klimat Szwecji w naszym polskim domu.

I znowu kołysani rytmem fal odpływamy z nadzieją na rychły powrót a słowa hymnu Szwecji wydają się być dla nas takie aktualne... „Północy, prastara, ożywcza jak zdrój, Radosna, spokojna w górskiej szacie! Pozdrawiam cię, pięknie, kochany kraju (... ) twe słońce, niebo i łąk cnych połacie”


Magdalena Łesak

 

   
 

Typowo szwedzkie zabudowania.

  Foto © Magdalena Łesak