Szwecja.net / Turystyka / Relacje / ...    00712

 

Tydzień w domku nad jeziorem

Samolot obniża lot. Jest godzina 18.35 a więc za pięć minut powinniśmy znaleźć się na ziemi. Chmury trochę się rozrzedziły i wreszcie mogę dostrzec ląd. Moje pierwsze spojrzenie na Szwecję - ciemnozielone lasy, granatowe plamy jezior. Jesteśmy coraz niżej. Widzę wyraźnie jaśniejsze wstążki dróg, gdzieniegdzie dachy domów. Ciekawe jak się mieszka w środku lasu gdy najbliżsi sąsiedzi znajdują się w odległości kilku kilometrów. Jak pożyczyć trochę soli lub szklankę cukru? A jak wygląda tu życie zimą gdy wszystko przykryje gruba warstwa śniegu? Po chwili samolot ląduje na otoczonym lasami małym lotnisku Skavsta.

W grupie oczekujących w hali przylotów wypatruję Maddis. Jest! Trzyma kartkę papieru ze swoim imieniem. Zupełnie niepotrzebnie. Choć nigdy wcześniej nie widziałyśmy się, rozpoznaję ją natychmiast dzięki przysłanemu pocztą elektroniczną zdjęciu. Obydwie jesteśmy nauczycielkami. We wrześniu ubiegłego roku poznałyśmy się przez internet i zorganizowałyśmy wymianę korespondencji w języku angielskim dla naszych uczniów. Teraz przyszła pora aby poznać się osobiście. Mam nadzieję, że dzięki zaproszeniu Maddis będę mogła choć trochę poznać ten wspaniały kraj i jego mieszkańców. Nigdy przedtem nie byłam na północy Europy.

lipiec 2005

Szwecja z lotu ptaka

 

Droga do domu Maddis wiedzie przez wspaniałe lasy i zielone łąki. Co jakiś czas mijamy mniejsze lub większe jeziora. Znaki drogowe ostrzegają przed przebiegającymi tędy łosiami. Niestety, żadne z tych sympatycznych zwierząt się nie pojawia. Wygodnie się podróżuje samochodem marki Volvo. Przez okno oglądam prawie identyczne w swym kształcie domy w charakterystycznym brązowo - czerwonym kolorze, zadbane podwórka, kwiaty, czyste ulice małych miasteczek i wsi. Ludzi prawie nie widać. Moją uwagę przykuwają niebiesko - żółte flagi na masztach na niektórych podwórkach. Czyżby święto narodowe? Maddis wyjaśnia, że to znak, że gospodarze są właśnie w domu. Bardzo miły zwyczaj. Jeśli nie ma się ochoty na odwiedziny gości można po prostu nie wywieszać flagi.

Docieramy do celu. Maddis mieszka z mężem w typowym szwedzkim domu, położonym około 500 metrów od brzegów Hjälmaren, czwartego co do wielkości jeziora Szwecji. Dom ma ponad sto lat ale w środku jest wygodny i nowoczesny. Przypomina mi ilustrację do „Dzieci z Bullerbyn”, najukochańszej książki mojego dzieciństwa. Będę mieszkać w małym pokoiku na piętrze a z okna mam widok na wysypaną żwirem ścieżkę i perfekcyjnie utrzymany trawnik.

Autorka przed domkiem Maddis

Autorka

 

Jemy kolację - mój pierwszy posiłek w Szwecji. Bardzo mi smakuje coś, co Maddis nazywa „tortem z chleba i masła” - warstwy tostowego pieczywa przełożone majonezowo-maślanym kremem z dodatkiem pomidorów, krewetek, jajek na twardo i żółtego sera.

Następnego dnia, po śniadaniu, jedziemy do odległego o jakieś 50 kilometrów Örebro. Podziwiamy panoramę miasta ze szczytu wieży ciśnień zwanej popularnie „grzybem”. Niestety pogoda nie jest najlepsza. Po fali upałów przed moim przyjazdem znacznie się ochłodziło. Na niebie wiszą ciemne chmury, z których co jakiś czas pada drobny deszcz. Spacerujemy po ulicach miasta, zaglądamy do sklepów z pamiątkami. Zwiedzamy tez skansen położony na brzegach rzeki, w którym znajdują się domy obrazujące życie mieszkańców miasta w wieku XVII, XVIII i XIX. Jest tu między innymi dom Christiny Warg znanej jako Cajsa Warg , urodzonej w Örebro w 1703 r, autorki słynnej książki kucharskiej a także „Chata Jeremiasza”, w której mieszkał bard Levi Rickson.

Wieczorem po kolacji idziemy nad jezioro Hjälmaren i spacerujemy po terenie znajdującego się tu campingu. Na brzegach jeziora rosną ogromne dęby. W lesie jest pełno dorodnych jagód i malin, których nikt nie zbiera. Pogoda nie sprzyja korzystaniu z uroków jeziora toteż większość turystów spędza czas w swoich domkach, namiotach czy też przyczepach campingowych. Teren campingu jest bardzo ładnie utrzymany. Są tu zadbane trawniki, kwiaty, miejsca zabaw dla dzieci, kawiarenki i sklepy.

 
 

Kolejny dzień przeznaczamy na zwiedzanie miasteczka Vingåker. Jest tu szkoła, w której pracuje Maddis. Rok szkolny zaczyna się w drugiej połowie sierpnia więc w szkole przeprowadza się teraz niezbędne remonty. Maddis celowo wybrała niedzielę, kiedy w budynku nic się nie dzieje. Uczniowie Maddis mają 13-16 lat, a więc szkoła jest odpowiednikiem naszego gimnazjum. Uczęszcza tu około 450 uczniów z terenu całej gminy.

Szkoła jest duża, przestronna i świetnie wyposażona. Nauczyciele oprócz tradycyjnego pokoju nauczycielskiego mają do swojej dyspozycji kilka dodatkowych pomieszczeń. Między innymi salę z komputerami i kuchnię. Można wygodnie usiąść w fotelu i napić się kawy. Fotografuję wszystko aby pokazać nauczycielom z mojej szkoły. Klasy są gustownie urządzone, wyposażone w zaplecza. W każdym znajduje się komputer, z którego nauczyciel może w razie potrzeby skorzystać. Tablice są wyłącznie białe, czarna tablica i kawałek kredy to już przeżytek. Uczniowie siedzą przy jednoosobowych stolikach. Ogromne wrażenie robią na mnie sale przeznaczone do nauczania muzyki, sztuki a także sale do zajęć praktycznych takie jak ta , w której uczniowie uczą się gotować. Może tu jednocześnie pracować kilka grup uczniów, z których każda ma do dyspozycji własną kuchnię z pełnym wyposażeniem. Obowiązkowa jest też nauka szycia. W dużej sali znajduje się około 20 stanowisk. Na podświetlanych stolikach stoją maszyny do szycia. Co roku odbywa się pokaz ubiorów samodzielnie wykonanych przez uczniów. Zdjęcia z ostatniego pokazu zdobią ściany pracowni. Podoba mi się bardzo ta szkoła, która wydaje się być przyjazna zarówno dla ucznia jak i nauczyciela. Chciałabym żeby moi uczniowie też mogli się uczyć w tak wspaniałych warunkach.

Szkoła

 

Maddis pokazuje mi też, mieszczącą się w budynku urzędu gminy, siedzibę związku zawodowego szwedzkich nauczycieli. Podobnie jak w Polsce, w Szwecji istnieją dwa takie związki. Jeszcze kilka lat temu były aż trzy ale obserwuje się tendencję do zjednoczenia, więc prawdopodobnie wkrótce będzie tylko jeden. Co roku, we wrześniu, Maddis jeździ na szkolenie związkowe do Sztokholmu.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się na parkingu nad pobliskim jeziorem. Wokół dębowy las i ani śladu ludzi! Maddis wyjaśnia, że w programie klasy siódmej jest środowisko wodne i wtedy nauczyciele przyjeżdżają tu na dwa dni ze swoimi klasami i „zajmują się wodą”. Uczniowie nocują w schronisku nad jeziorem będącym własnością gminy a więc wszystko jest bezpłatne. Na leśnej polanie dostrzegam wielki, szary, lekko omszały głaz a na nim wyryte dziwne znaki. To pamiątka po dzikich wikingach, którzy przed wiekami zamieszkiwali te tereny.

Wieczorem idziemy w odwiedziny do Barbary. Mieszka niedaleko w domu otoczonym kwiatami. Jest przyjaciółką Maddis i jej szefem, czyli dyrektorką szkoły w Vingåker. Okazuje się być osobą bardzo sympatyczną i otwartą, obdarzoną poczuciem humoru. Rozmawiamy o naszych szkołach i dokonujemy porównań, w których niestety szkoła polska nie wypada najlepiej. Maddis i Barbara bardzo się dziwią, że nasi uczniowie muszą sami kupować sobie podręczniki. Tutaj komplet podręczników zapewnia uczniowi szkoła. Zastanawiamy się nad możliwością współpracy między naszymi szkołami w ramach programów edukacyjnych proponowanych przez Unię Europejską.

Kolejnych kilka dni upływa nam na zwiedzaniu najbliższej okolicy. Jedziemy do wsi Rejmyre, które mieszkańcy specjalizują się w produkcji wyrobów ze szkła. Można tu uczestniczyć w pokazie i zobaczyć na własne oczy jak powstają te szklane cuda. Małe kolorowe sklepiki zachęcają do zakupów. Zwiedzamy tez Muzeum Szwedzkiego Rolnictwa w miejscowości Julita i odległe o kilkadziesiąt kilometrów miasto Eskilstuna.

Ostatnią a zarazem największą atrakcją mojej wizyty ma być wyprawa koleją do Sztokholmu. Maddis przeprasza, że nie jedziemy samochodem, ale po prostu nie czuje się pewnie jako kierowca w tak dużym mieście. Doskonale ją rozumiem, a jednocześnie jestem ciekawa jak się podróżuje szwedzkim pociągiem. O 10 tej rano wsiadamy do pociągu na dworcu w Vingåker. Szwedzki pociąg nieco różni się od naszego. Pasażerowie siedzą w wygodnych miękkich czerwonych fotelach choć to wagon klasy II. W wagonie jest bufet, w którym można kupić coś do jedzenia i do picia. Pociąg jest dość zatłoczony i trudno o wolne miejsce. Na szczęście mamy miejsca siedzące.

Po około półtorej godziny jazdy docieramy do Sztokholmu. Panuje tu zupełnie inna atmosfera niż w małych miasteczkach. Spacerujemy główną ulicą w barwnym tłumie ludzi różnych ras i narodowości. Słowa wypowiadane w różnych językach mieszają się ze sobą. Pogoda jest dziś kapryśna. Co chwila słońce chowa się za chmury i zaczyna siąpić deszcz. Oglądamy budynek ratusza, w którym odbywa się wręczanie nagród Nobla i pałac królewski. Maddis pokazuje mi balkon z którego para królewska pozdrawia poddanych. Portrety rodziny królewskiej można kupić w każdym sklepie z pamiątkami.

Szwecja, anonse1

 

Idziemy do galerii lodu. Po wykupieniu biletów otrzymujemy długie płaszcze z kapturami podbitymi futrem, w których wyglądamy jak prawdziwe eskimoski i już za chwile wchodzimy do sali, w której panuje temperatura minus 6 stopni Celsjusza. To wielka atrakcja w środku lipca. Pod ścianami z lodu stoją lodowe rzeźby. Jest też lodowe łoże przykryte skórami reniferów, na którym wszyscy chcą się fotografować. Ja oczywiście też!

Galeria lodu

 
 

Teraz pora na zrobienie zakupów. Maddis pokazuje mi ogromny luksusowy sklep, szwedzki odpowiednik Harrodsa, w którym robi zakupy rodzina królewska. Oglądamy go jak muzeum. Przemierzamy kilkakrotnie główną handlową ulice zaglądając do sklepów z pamiątkami. Na półkach pluszowe łosie, T-shirty z różnymi napisami, pocztówki, zakładki do książek, kubki, kieliszki, kalendarze, figurki wikingów i trolli i setki innych rzeczy, pretendujących do miana pamiątki ze Szwecji. Trudno mi się zdecydować. W końcu biorę małego pluszowego łosia i pocztówkę, na której znajduje się wizerunek moich ukochanych dzieci z Bullerbyn. Maddis robi mi prezent w postaci hełmu wikinga ozdobionego rogami. Od razu go przymierzam. Pasuje jak ulał! Okazuje się, że rogi są ruchome i w zależności od nastroju można je skierować w górę lub w dół. Do kompletu dokupuję sobie koszulkę z napisem „Sweden - the land of the Vikings”.

Przechodzimy obok targu owocowo-warzywnego. Obok straganów sprzedawcy o orientalnym typie urody głośno zachęcają do zakupu swoich towarów. Panuje tu atmosfera jak na tureckim bazarze. Zwracam uwagę nie na owoce ale na grzyby. Stosy kurek, pięć razy większych od tych, które można znaleźć w naszych lasach! Wchodzimy do pobliskiego sklepu spożywczego, w którym decyduję się na zakup suszonego mięsa renifera. Za torebkę zawierającą 30 g tego nieosiągalnego w naszym kraju produktu, płacę tyle, ile w Polsce zapłaciłabym za półtora kilo schabu, ale w końcu mięsa renifera nie jada się co dzień.

Nagle w tłumie na sztokholmskiej ulicy dostrzegam rosłego młodego mężczyznę. Trudno go nie zauważyć, bo ma chyba około dwóch metrów wzrostu, rozwichrzone włosy do ramion i długą, kędzierzawą brodę. „On wygląda jak Wiking!” mówię do Maddis. „I najprawdopodobniej NIM JEST!” stwierdza moja szwedzka koleżanka. Ja też myślę, że to prawda. Potomkowie wikingów żyją tu nadal a ten wyglądał imponująco. Wyobrażam go sobie w hełmie z rogami!

Udajemy się w drogę powrotną. Pociąg ma lekkie opóźnienie, co daje mi trochę satysfakcji, że ten kraj nie jest tak do końca idealny.

Następnego dnia rano pakowanie i znów Volvo wiezie mnie w stronę lotniska Skavsta. Mamy jeszcze chwilę czasu aby wypić wspólnie kawę w restauracji na lotnisku. Zapraszam Maddis do Polski na następne wakacje. Ostatnie spojrzenie z góry na ciemnozielone lasy i granatowe plamy jezior. Jasne wstążki dróg i dachy domów szybko znikają z pola widzenia w miarę jak samolot nabiera wysokości. Przypominam sobie, że wrzuciłam złotówkę do jeziora Hjälmaren, więc powinnam jeszcze kiedyś je zobaczyć.

Joanna MORAWIEC
jmorawiec@poczta.onet.pl

Pamiątki

Na targu

Deptak w Eskilstunie

 

 

   

foto © Joanna Morawiec