Szwecja.net / Turystyka / Relacje / ...   00790
 

Anna Oleś, 2005

Do zobaczenia za rok!

W tym roku nie planowaliśmy wyjazdu do Szwecji. Było kilka powodów... Nie było kasy na wyjazd, moi bracia powiedzieli, że nie jadą (a moja mama nie chciała jechać z obcymi Đ miała złe doświadczenia z przeszłości), samochód już stary i bałyśmy się trochę nim jechać. Jednak sytuacja zmusiła nas do wyjazdu i dzięki temu po roku przerwy znowu zawitam w Sverige!

01.08.2005

Zaczynam poszukiwania trzech osób na wyjazd w przyszłym tygodniu. Tak późno jeszcze w swojej 3-letniej karierze zbieracza nie wyjeżdżałam do Szwecji. Szybka decyzja o wyjeździe i mało czasu na załatwienie wszystkich spraw zapowiadało małe zamieszanie przed wyjazdem... i tak też było.

02.08.2005

Moja mama powiedziała mi, że mam szukać osób, które już były na zbiorach runa leśnego w Szwecji, żeby nie było później problemów spowodowanych brakiem doświadczenia... Czas jednak pokazał, że lepiej zabrać osoby niedoświadczone, bo mniej kombinują w związku z wyjazdem...

03.08.2005

Moja siostra Đ Magda jedzie z nami. Mamy w związku z tym małe wątpliwości, bo we wrześniu zaczyna klasę maturalna, ale mówi, że nadrobi zaległości. No, więc Magda jedzie z nami. W tym wypadku potrzebujemy jeszcze dwie osoby do wyjazdu.

04.08.2005

Przez serwis internetowy poświęcony Szwecji znalazłam dwóch facetów gotowych na wyjazd. Jeden to Jacek Đ miał już kilka dni wcześniej wyjeżdżać, ale załoga zaczęła kombinować i został na lodzie. Drugi to Przemek Đ student z Krakowa. Żaden z nich jeszcze nie był w Szwecji na zbiorze jagód i borówek... Wygląda na to, że mamy załogę!

05.08.2005

Przekazałam chłopakom wszystkie potrzebne informacje dotyczące wyjazdu, samochodu, potrzebnych rzeczy itp. Moja mama zamówiła dziś bilety promowe na 09.08.2005, na godzinę 900. Teraz już przesądzone... Jedziemy... Nie kryję zadowolenia...

06.08.2005

Sprawdzamy sprzęt z lat poprzednich, latamy po sklepach, sprawdzamy naszą Sierre... Czas ucieka, a my mamy ciągle dużo do zrobienia... Problem z samochodem numer 1. Cudownie, po prostu świetnie! Drążek zmiany biegów kładzie się przy każdym ruchu. Co teraz?! Na szczęście nasz mechanik zajął się sprawą i po 5 minutach było po kłopocie Đ śrubki jakieś się poluzowały.

07.08.2005

Jedziemy do dziadka poinformować go o naszym wyjeździe. Rodzinka zaniemówiła, hehe... Jednak mało tu powodów do śmiechu. Najgorszy problem to samochód. Nasza biedna Ścierka (Sierra) tyle już przeżyła w tej Szwecji. Nie wspomnę już o tym, że ledwo się kupy trzyma.

Próbuję się skontaktować z Catariną Đ właścicielką skupu w Jörn. Bezskutecznie. Jeszcze nie wróciła z wakacji. Nie specjalnie mnie to cieszy. Nie wiem, kiedy otworzy skup, jak wygląda mniej więcej urodzaj w tym roku. Szczerze mówiąc mało się tym interesowałam, bo przecież mieliśmy nie jechać.

08.08.2005

Jedziemy wymienić trochę pieniędzy na korony. Całe 1500 koron na 3 osoby... Bez komentarza.

Moja mama z bratem pojechali na kanał, żeby zajrzeć pod Ścierkę. Po około godzinie wracają ze łzami w oczach. Ich miny nie wróżyły nic dobrego... Przy wjeździe Ścierka zahaczyła o kant podjazdu. Spaw na kolektorze padł... Jesteśmy wszyscy załamani. Samochód stoi u mechanika. Karol (nasz mechanik) powiedział, że zobaczy, co da się zrobić, ale nic nie obiecuje. Mamy czekać na telefon... Boże, przecież dziś w nocy mamy wyjeżdżać!!!

Dzwoni Karol... Udało się. Zespawał kolektor, ale poinformował nas, że nie ręczy za to ile wytrzyma.

O 2200 ma się zjawić Jacek, ale pisze, że się spóźni. Też miał problem z samochodem. Czy to jakiś znak? Przemek szukał kaloszy i nie zdążył na pociąg o 1200, więc będzie w Bydgoszczy po godzinie 200 nad ranem (we wtorek).

Zamarłam, kiedy zobaczyłam ile bagaży ma ze sobą Jacek. Myślał, że jedziemy busem, chociaż mówiłam mu dokładnie, co to za samochód!!! Ma ze sobą ekwipunek jak na pół roku...

W końcu jakoś się zapakowaliśmy. Jedziemy na dworzec po Przemka. Samochód przy każdej nierówności szoruje po ziemi. Odmawiam zdrowaśki i gadam do samochodu, żeby jakoś wytrzymał... Lekko chore, ale w tej sytuacji... Na dworcu upychaliśmy jeszcze rzeczy Przemka, a ludzie wokół patrzyli z niedowierzaniem.

09.08.2005

W Gdyni byliśmy przed godziną 600 rano. Wjeżdżając na prom zaryliśmy samochodem o podjazd. Przerażający dźwięk. Baliśmy się spojrzeć pod spód...

NIENAWIDZĘ płynąć promem!!! Nie, wcale nie mam choroby morskiej. Po prostu nudzę się strasznie. Nie mogę zasnąć, choć jestem zmęczona. Zamykam oczy, a kiedy je otwieram i patrzę na zegarek okazuje się, że minęło 15 minut. Nienawidzę promów...

Już, kiedy dopływaliśmy do Karlskrony zaczęło strasznie lać. Jeszcze nie widziałam takiej ulewy.

Po stronie szwedzkiej wszystko poszło sprawnie. Pewnie przez to okropne oberwanie chmury.

Padało cały wieczór i całą noc. Chwilami deszcz zmuszał nas do postojów, bo nie widzieliśmy kompletnie nic. Jedziemy cały czas drogą E22. Mijamy wiele znajomych miejsc... Cudownie jest jechać i przypominać sobie miejsca, szczegóły, które mijałam 2, 3 lata temu, gdy jechaliśmy tą samą trasą.

10.08.2005

Do Söderköping dojechaliśmy bardzo wcześnie rano. Przy samej drodze jest Turistbyrå. Zaglądamy tam przy każdej okazji, żeby napisać e-maile do rodziny. Niestety w tym roku byliśmy dużo za wcześnie i postanowiliśmy jechać dalej. W Nyköping jak zawsze zawitaliśmy do sklepu ICA i COOP FORUM. Nie zapomniałam oczywiście o moich ulubionych cukierkach Karamellkungen. Uwielbiam je, są przepyszne. Dlaczego nie ma ich w Polsce...

Zjeżdżamy na E4. Patrzę na mapę i wiem, że to będzie bardzo długi i męczący dzień. W radiu znowu tylko język szwedzki. Bardzo za tym tęskniłam. No i te wspaniałe kolorowe domki...

Przez Stockholm przejeżdżamy o dziwo sprawnie i z całkiem dobrym czasem. Udało się nam ominąć korki... Co jakiś czas zatrzymujemy się, żeby coś zjeść i rozprostować kości. Szkoda tylko, że cały czas pada. Nie chcę myśleć jak wygląda nasz bagaż na dachu...

Jeszcze spory kawałek za Sundsvallem jest miejscowość, niestety nigdy nie wiem jak się nazywa. Przy samej drodze, u podnóża wspaniałej góry stoi camping. Co roku wspinamy się na nią i podziwiamy widok na morze. Tym razem na szczyt wybrała się moja mama, Jacek i Przemek. Ja i Magda zostałyśmy i walczyłyśmy z naszym wielkim namiotem. Aż dziw, że nie słyszeli nas na szczycie. Nie mogłyśmy się opanować od śmiechu. Namiot ciągle nam się kładł, ale w końcu go postawiłyśmy. Skorzystałyśmy z okazji i podłączyłyśmy nasz elektryczny czajnik. Miło było wypić coś ciepłego i odświeżyć się.

 

 

Anna Oleś

 

Szwecja, anonse1

 

Szwecja, anonse1

 

 

 

11.08.2005

Wstaliśmy wcześnie, ale obok stoi informacja turystyczna czynna od godziny 1000 , więc postanowiliśmy tym razem poczekać. Pozbieraliśmy masę bezpłatnych broszur, napisaliśmy e-maile do rodzin i zanim się zebraliśmy było już po 1200. Znowu pada. Nie narzekam, ale mogłoby już przestać... Okolice Umeå strasznie rozkopane. Nie ma miejsca przed i za miastem bez robót drogowych... Wreszcie stara, dobra Skellefteå. Tu skręcamy na drogę numer 95.

W Jörn jesteśmy około 1630. Śpieszyliśmy się, żeby zdążyć przed zamknięciem skupu.

Przed skupem stała staruszka i na kogoś czekała. Pytam się czy jest Catarina (z nadzieją, że skup nadal należy do niej). Niestety nie dogadałam się. Muszę się kiedyś nauczyć szwedzkiego... Babcia zaśmiała się tylko i przytuliła mnie. Od razu poczułam, że jestem w Jörn, że to nie sen. Na słowo Catarina jednak zareagowała i wskazała palcem na biuro. Nagle z budynku wyłania się Catarina! Pierwsze jej zdanie na mój widok to: „You're back!”... Bardzo się ucieszyłam na jej widok. Zaczęłyśmy rozmawiać... Mieliśmy ze sobą namioty, ale miałam nadzieję, że będziemy mogli się zatrzymać w jej domku w Österjörn. Od razu zapytała się, czy mamy gdzie mieszkać. Powiedziała, że mam iść do Örjana po klucz i możemy tam mieszkać. Mamy tylko płacić za elektryczność. Niestety Örjan wymienia podłogę... To chyba jakieś fatum...

Zatrzymujemy się w starym domu w centrum miasteczka. Jest tylko jeden, drobny szczegół... nie ma ani wody ani prądu. Catarina obiecała się rozejrzeć za czymś, ale może być problem...

Ten problem sami zauważyliśmy już po wyjściu z samochodu. To małe miasteczko zmieniło się w mały Bangkok. Polaków jest prócz nas chyba 5 szt., w tym dwójka bardzo znajoma :), a reszta to Tajowie. Jest ich cała masa. Strach nas ogarnął, bo z nimi nie ma żartów. Zbierają wszystko i wszędzie. No i w dalszym ciągu nie wiemy jak wygląda w lasach. Zaczęłam się z mamą zastanawiać, co z naszymi miejscami w tej sytuacji. No nic, będziemy się martwić jutro. Dziś trzeba się rozpakować. Nasze obawy spełniły się w 100%. Wszystko co było na dachu samochodu jest przemoczone. Co gorsza były tam głównie nasze ciuchy, a pogoda ciągle beznadziejna. Nie ma, co liczyć na to, że szybko wszystko wyschnie, do tego jest zimno.

12.08.2005

Pierwsza noc minęła bardzo spokojnie. Nawet nie martwi nas specjalnie fakt, że drzwi nie mają zamków. W końcu to Jörn... Muszę się przyznać, że jechałam głównie dlatego, że zakochałam się w Szwecji, a nie dlatego, że jakoś specjalnie lubię tą pracę ;), ale w końcu nadszedł ten czas i trzeba było wsiąść do samochodu i jechać do pracy.

Siedzę w samochodzie bez słowa i myślę o tym, co zobaczę na miejscu. Postanowiłam z mamą, że najpierw jedziemy zobaczyć czy zostało jeszcze coś na „naszej górze”. Jedziemy z sercami w gardłach. Na drodze leży wywrócona paleta. No i wszystko jasne. Piotrek (znajomy sprzed lat) już tu był. Pytanie czy już pole sprzątnął czy jeszcze coś znajdziemy.

Po wejściu w las, pod zbocze nie mogłam słowa z siebie wykrztusić. Nie chciałam zapeszać, ale aż zaczęło mi się chcieć ;)... Jagody ogromne i jest ich bardzo dużo. Widocznie Piotr zaznaczył miejsce i zbiera gdzie indziej... Wszystko pięknie tylko mogłoby nie padać. Zbiory udane, nawet bardzo, ale jesteśmy wszyscy mokrzy i nie mamy możliwości wysuszyć ubrań. To nas bardzo boli.

Uwielbiam chodzić do sklepu... Dlaczego? Bo tam są ludzie! Lubię ich słuchać, kocham ten język, ten akcent. Ja nadal rozmawiam z nimi jedynie po angielsku, ale już niedługo...

W domu zmieniamy ciuchy, robimy sobie ciepły obiadek, pijemy gorącą kawkę, suszymy ubrania i myjemy się... MARZENIE ;(... Nic z tych rzeczy. Ani obiadku, ani kawki, ani suchych ubrań. Trzymamy się, ale będzie coraz gorzej przy tej pogodzie.

 
 

13.08.2005

Wstajemy o 600, jemy śniadanie, zakładamy ciuchy do pracy i wsiadamy do samochodu. Dziś jedziemy znowu na górę. Nie lubię na nią włazić w kaloszach i w kapoku :/.

Pada, pada, pada... Pływamy w kaloszach. Pracować się odechciewa... Chłopaki świetnie sobie radzą i zbierają bardzo dużo jak na pierwszy raz... Zbieramy do 1600, żeby zdążyć na skup przed zamknięciem. Potem szybko do domu zmienić ciuchy i lecimy do sklepu... Co jest?! Zamknięte?! Przecież jutro sobota i nic nie kupimy, a nie mamy już chleba! Wróciłyśmy zawiedzione. Co to ma znaczyć ;/. Później w deszczu poszłam z Przemkiem do biblioteki napisać e-maile do Polski. Zamknięte... A niech ich... Poszłam również na stacje benzynową HYDRO. Tam też mają chleb, ale droższy. Stacja też zamknięta... W domu chłopacy doszli do wniosku, że to pech, bo dziś 13-sty w piątek. Jednak po dłuższym namyśle okazało się, że dziś jest sobota, nie piątek! Świetnie... Oznacza to, że chleba nie będzie do poniedziałku. Czyli do jedzenia zostaje nam reszta chleba, polska czekolada i herbatniki. Jakby się dobrze zastanowić to nie jest tak źle ;)... Nie będę płakać... Kilogram jagody kosztuje 9 koron...

14.08.2005

Dzisiaj dla odmiany jedziemy do pobliskiego lasu. Chciałam tam jechać, bo na górze mamy praktycznie wszystko wyzbierane od dołu, został sam szczyt, a jak ktoś zobaczy, że było zbierane to nie będzie szedł na samą górę tylko pojedzie dalej... Jedziemy zobaczyć czy Taje jeszcze nam nie sprzątnęli lasu. Bardzo bym się nie zdziwiła. Las na płaskim terenie tylko jagodziny wysokie, a do tego teren przy samej drodze... Las był już czyszczony, ale jakiś czas temu (widać po zniszczonych krzaczkach) i jagodziny zdążyły wydać już nowe owoce i to całkiem spore. Zbiory się udały, ale jak zwykle zbieram najmniej ;/. Kiedy mi się w końcu uda zebrać te 40kg.

W domu moja mama z Przemkiem i Jackiem kombinowała coś przy kominku, a ja poszłam wreszcie na spacer po miasteczku. Chociaż długo mnie tu nie było to nic się nie zmieniło, no może poza umieszczeniem straży pożarnej. Widzę następne śliczne domki na sprzedaż. Chciałabym tu kiedyś mieszkać. Przyjaźni ludzie, spokój, cisza, niedaleko można spotkać renifery (mam świra na punkcie reniferów)... Kiedy wracałam zauważyłam wydobywający się z okolic drzwi szary dym. Zapalili kominek na parterze, tylko, że nie ma ciągu i cały dym idzie w mieszkanie. Kiedy stanęłam przed otworzonymi drzwiami w mieszkaniu pod sufitem było już szaro. Przemek postanowił następnego dnia spróbować na piętrze... Miło byłoby wypić coś ciepłego wreszcie.

 
 

15.08.2005

Ktoś wspomniał, że Jacek na górze widział żmiję. Teraz już nie pozbieram. Jestem chora jak tylko usłyszę to słowo. Wpadam w panikę, dostaję drgawek i nie mogę zbierać, bo wszędzie widzę węże... W lesie wysokie krzaczki, jest mokro Đ niedaleko płynie drobny strumyk, a kawałek dalej jest bardzo rozległe bagno kończące się daleko koło jeziora. Tu na pewno są żmije ;(. Przypomniało mi się, że mama z siostra 2 lata temu po drugiej stronie drogi widziały żmiję. Odbiło mi zupełnie. Chodziłam cały dzień oglądając każdą jagodzinę zanim ruszyłam ją zbieraczką. Nie wspomnę, że choćby nie wiem jak wielkie rosły tam jagody, do wielkich przewróconych pni nie podchodziłam...

Jacka na skupie szlak trafia, że ludzie zwożą po 100kg na osobę. Tylko nie kuma, że oni siedzą od wczesnego rana, a później po skupie wracają i zbierają do późna, żeby zdać owoc następnego dnia.

Przemek uruchomił kominek na piętrze!!! Wspaniale! Zaraz zaczęło się gotowanie zupek, herbat itp. Pokój obwiesiliśmy linkami i różnymi sznurkami. Teraz możemy suszyć ubrania. Humory się od razu poprawiły. Wszystkim nam brakowało ciepłego posiłku. Z tej okazji kupiłyśmy w KONSUMIE jajka i zrobiłyśmy sobie jajecznicę... Wieczorem, przed 2100 zebraliśmy się i pojechaliśmy na camping...

Wszyscy zaopatrzeni w ręczniki, szczoteczki do zębów. Chcieliśmy się umyć. Trafiliśmy na wychodzącą akurat właścicielkę, która mieszka w Österjörn, po drugiej stronie jeziora, przy którym stoi camping. Trzeba było coś wymyślić, więc powiedziałam, że chcielibyśmy się tylko rozejrzeć i zapytałam o ceny. Kiedy właścicielka pojechała wyjęliśmy z bagażnika 9 wiaderek od jagód i napełniliśmy je wodą z kranu ogólnodostępnego, a później poszliśmy się umyć. Wiem, że to nie zbyt grzeczne, ale nie mamy innego wyjścia. Nie mamy skąd wziąć wody. Postanowiliśmy, że na camping będziemy przyjeżdżać wieczorami, co 2, 3 dni, bo jest oddalony od miasta jakieś 5km, a paliwo drogie... Cudowne uczucie nie kleić się... Jagoda skoczyła do 10 koron...

 
 

16.08.2005

Jedziemy znowu do lasu. Jeszcze mamy tam co zbierać choć to już nie to co wczoraj. Postanowiłam, że dziś będę zbierać tylko hjorton. Catarina skupuje go za 35 koron, bardzo mało, ale chcę jedynie sprawdzić czy to się opłaci. Oczywiście nie, bo to nie typowe pole na hjorton, ale zawsze to jakaś odmiana ;)... Łaziłam po tym bagnie powoli, każdym krokiem badając grunt. Trochę się bałam bo wyglądało miejscami na dość głębokie, ale szłam śladami reniferów i łosi. Było trochę marnie. Z czasem samotnego łażenia zaczęłam gadać do moroszki, hehe. Trafiały się gorsze miejsca i wtedy mówiłam do nich, żeby się pojawiły bo będzie z nich ładna konfitura czy coś innego ;). Jeszcze nigdy nie próbowałam nawet jak smakują, wiec tym razem jedną zjadłam. Boże, co za paskudztwo! Nie wiem dlaczego to jest takie drogie i pożądane. Smakuje jak, sama nie wiem co. Jednego jestem pewna Đ więcej tego do ust nie wezmę... Tak chodziłam, aż doszłam do samego jeziora... Dookoła otoczone wysypanym żwirem, przy brzegu stoją dwie małe budki dla łowiących, a po drugiej stronie, gdzieś w lesie chyba polują, bo słychać cały dzień strzały... Co kilka, kilkanaście minut nawoływała mnie mama. Wiem, że robi to, bo nie chce, żebym się gdzieś w tym bagnie utopiła, ale z czasem zaczęło mnie to denerwować. Z czasem jak się oddalałam, coraz gorzej ją słyszałam, a żeby się nie martwiła musiałam nasłuchiwać, żeby odpowiedzieć. Do tego komary cięły niesamowicie i zaczął padać znowu deszcz. Chciałam założyć kaptur, ale wtedy już w ogóle nie słyszałam mamy... Masakra...

Po około 8 godzinach uzbierałam 2,5kg hjortonu. Teraz już wiem Đ nie opłaca się, ale Catarina się zdziwiła, że aż tyle przyniosłam, hehe.

17.08.2005

Wstałyśmy o 600. Na śniadanko jak zwykle szwedzki chleb tostowy, szwedzka margaryna i szwedzki dżemie borówkowy. Wczoraj zaszalałyśmy i kupiłyśmy sobie płatki kukurydziane i mleko, ale jakoś nie mamy na nie ochoty. Jedno, co dobre Đ nie mamy lodówki, ale mleko się nie psuje tak jest w domu zimno. Jedziemy dziś do znajomego zagajnika... Chyba ktoś tu już był, ale zbieramy. Nie jest najgorzej. Nie lubię tego zagajnika, łatwo się w nim zgubić. Poszłyśmy dalej Đ zagajnik jest na małej górce, za nią jest lekki spad w dół i tam przeważnie udawało się coś znaleźć. Zbierało się bardzo fajnie, zwłaszcza, że nie lazł za nami Jacek... Nie mogę znieść tego człowieka. Ciągle marudzi, że nic nie ma (kiedy wszyscy wokół zbierają)! Truje, marudzi, śpiewa te swoje śmieszne piosenki i opowiada beznadziejne kawały. Uzbierałam 3 wiaderka i czas był odnieść je do samochodu, który stał przy drodze, za zagajnikiem. Byłam w stanie odnieść tylko dwa, więc na miejscu zostawiłam jedno pełne wiaderko i moją bluzę. Idę i idę, ale jakoś się nie zbliżam do samochodu ;/... Słyszę jednak Magdę i moją mamę... Krzyczę, którędy do samochodu. Cisza... Ponawiam nawoływanie. Nic. Słyszę, że ze sobą gadają, ale mnie nie słyszą. Za trzecim razem słyszę mamę: „Co jest?”...

- Którędy do samochodu?

- A gdzie jesteś?

- A skąd mam wiedzieć, jakbym wiedziała to bym nie wołała przecież (śmiech).

- Idź prosto przed siebie...

- Ale ja tak idę i idę i nie mogę wyjść z tego cholernego zagajnika!!!

No trudno, jak się gdzieś zgubię i nie wyjdę już stąd to trudno. Zaczęłam się sama z siebie śmiać. W tle słyszałam jak Magda z mamą rozmawiają, że Ania chyba się zgubiła. Ze śmiechu nie mogłam unieść wiaderek. W końcu jakoś znalazłam drogę. Nawet nie daleko od samochodu wyszłam.

Później nie mogłam znaleźć swojego miejsca, w którym zostawiłam jagody i bluzę, ech...

Przy pomocy mamy i siostry jakoś się znalazło wiadro. Ja mówię, że jeszcze moja bluza, a one na to, że najważniejsze wiadro, hehe. W końcu i bluza się znalazła.

18.08.2005

Przyjechaliśmy znowu do zagajnika. Dziś pogoda jest wspaniała. Słoneczko świeci, małe, białe chmurki przewijają się powoli po niebie. Jest gorąco, ale wieje przy tym wiatr, więc jest znośnie. Myślałyśmy, że będzie więcej do zbierania, ale się przeliczyłyśmy. Miałam dziś dobry humor i zebrało mi się na wygłupy. Zawsze tak się dzieje, kiedy zostają do zbierania resztki. Z tych resztek moja mama potrafi uzbierać 4 Đ 5 wiaderek, a ja pół... Mi się wtedy odechciewa pracować i odbija mi.

Wzięłam jedno wiaderko i napisałam na nim markerem: „Zabiorę się na jagody”, a na drugiej stronie: „Wanna pick berries”. Dedykowałam to do Tajów, bo oni zawsze wracają z gigantycznymi zbiorami ;). Wzięłam to wiaderko, założyłam na głowę koszulkę i usiadłam tak na środku drogi. Chociaż trochę śmiechu było. Jak się okazało pod koniec dnia, nie było aż tak źle. Zbiory były całkiem udane. Po załadowaniu całego samochodu wiaderkami ruszyliśmy jeszcze pozbierać gałęzie na ognisko.

Na skup zjechaliśmy trochę późno, bo znowu Przemka wołaliśmy 15 minut. Catarina poszła już do biura. W tym czasie Suri (Taj, który pomagał Catarinie na skupie) zamiatał już chodnik. Na szczęście Catarina powiedziała mu, że może od nas sam wziąć towar. Dłuższą chwilę z nim rozmawiałam. Od tego dnia bardzo się przyjaźnimy. Korzystając z ładnej pogody wybraliśmy się kilka kilometrów za miasto nad jezioro. Woda była okropnie zimna, ale trzeba było się w końcu umyć ;). Pogoda dziś dopisała i wreszcie wysechł nam namiot rozwieszony na balkonie.

 

 

 

19.08.2005

Nie bardzo mamy pomysł na to gdzie dziś jechać. Postanowiliśmy, że wracamy znowu do zagajnika. Każdy gdzieś tam miał jeszcze jakieś miejsca „na chwilę”. Po drugiej stronie drogi jest dalsza część zagajnika. Prowadzi tam droga, którą znamy bardzo dobrze, ale planowaliśmy jechać tam kiedy indziej. Przez przypadek zawędrował tam Jacek i obwieścił, że jest tam masa jagód. Faktycznie, jeszcze nikt tam nie dotarł. Trochę mnie to dziwi, że takie oczywiste miejsca, stosunkowo blisko miasta są nietknięte jeszcze, ale specjalnie nie będę się tym zamartwiać. Dobra nasza...

Znowu mam tu problem. Wiem i to na pewno, że są tu żmije. W poprzednich latach moja mama znajdowała tam gniazda z tymi małymi paskudztwami. Leży tam wiele starych pni i jest masa miejsc, w których mogą się chować. Nie mogłam się skupić na zbieraniu, ale po chwili, gdy zobaczyłam jakie tu będą żniwa zabrałam się do pracy. Niedaleko łaził Jacek, więc postanowiłam z Magdą, że utrzemy mu trochę nosa. Zbierałyśmy tak szybko, jak jeszcze nigdy. Wszystko dookoła nas i przed nim. Kiedy tylko się zbliżał Magda go zagadywała, a ja biegałam ze zbieraczką, żeby się tylko nie „przykolegował”. W ten sposób moja mama patrzyła z coraz większymi oczami ile z Magdą znosimy wiader. Wreszcie udało się Đ 40kg.

20.08.2005

Czas na nagrodę... Dziś wybieramy się na Lappland!. Nie pojedziemy daleko, bo grasują tam Tajowie, a poza tym są tam straszne drogi i boimy się o samochód. Jest nadzieja, że w końcu zobaczę renifery. Mieszkają przy drodze nr 95 i jeszcze nigdy mnie nie zawiodły. A jednak ;(... W drodze na Lappland nie widziałam żadnego, ani jednego ;(... Zostaliśmy na wysokiej, stromej górze z pięknym widokiem na pobliskie jezioro i daleką Laponię. W tym roku nie przekroczyliśmy granicy z Lappland. Widzieliśmy jadące tam samochody „braci Tajów”, więc nie było sensu marnować paliwa...

Na górę wchodzi się z pustymi wiadrami ok. 15-20 minut. Jest stroma i wszyscy są pod koniec drogi zmęczeni. Na szczęście ta góra również nas nie zawiodła. Nazbieraliśmy po raz kolejny bardzo dużo. W drodze powrotnej chyba każdy z nas zaliczył wywrotkę i zbieranie jagód z ziemi. Uchwyty wiaderek są bardzo niewygodne i pod ciężarem jagód wpijają się w dłonie. Konieczne są przystanki.

Po drugiej stronie drogi jest małe bagienko. Z Przemkiem poszłam pozbierać moroszkę, ale uzbieraliśmy jedynie po kilkadziesiąt dag... To jakieś fatum, przecież tu zawsze łaziły jakieś zwierzęta. Ostatniego roku widzieliśmy nawet małego łosia z mamą, a teraz nic... Specjalnie cyfrowy aparat kupiłam, żeby robić zdjęcia reniferów, łosi i zachodów słońca...

 
 

21.08.2005

Dziś zbieramy w głębi zagajnika, w którym się zgubiłam. Chodzę za mamą i Magdą, żeby znowu nie krzyczeć o pomoc. Zeszłyśmy do lasu. Jest tam pięknie, choć niebezpiecznie. Bardzo łatwo jest tu złamać, czy skręcić nogę. Jest pełno głazów i wielkich kamieni porośniętych mchami. Głazy tworzą różne przedziwne konstrukcje. Pod lasem jest bagno, które ciągnie się daleko, aż pod następną górę. Ania (czyli ja) jak zwykle musiała wybadać czy da się tam przejść. Niestety, to nie było małe, płytkie czy suche już bagienko. Było jak najbardziej mokre i głębokie. Nie ma szans na przejście... Zbiory wyszły dobrze, a do tego popstrykałyśmy sobie sporo zdjęć... Dziś jedziemy na camping się umyć i zaopatrzyć w wodę. Nie lubię tam jeździć tak po kryjomu . Niby nic złego nie robimy, bo przyjeżdżamy tylko po wodę, ale czuję się jak jakiś złodziej.

22.08.2005

Postanowiłyśmy dziś pojechać na Talliden. Mieszka tam Catarina. Jest to okolica bardzo zalesiona. Byłam już tam kiedyś, żeby oddać Catarinie klucze od mieszkania w Österjörn. Pokazała mi wtedy jej konia. Wspaniałe zwierzę. Młodziutki jeszcze, cały czarny jak węgiel... Niestety dawno tam nie byłyśmy i pomyliłyśmy drogę. Całe lasy wyskubane, albo porośnięte bagnem i innymi roślinami. To nie był dobry dzień na zbieranie... Wieczorem słyszałam głośną muzykę. Myślałyśmy, że to jakiś festyn, więc poszłyśmy się rozejrzeć. I tak doszłyśmy na drugi koniec Jörnu. Okazało się, że młodzież szwedzka w ogródku zrobiła sobie imprezę, a muzyka niosła się daleko po okolicy. Przy okazji pozyskałam nowego przyjaciela. Po drodze podbiegł do mnie mały kociak i tak szedł za mną przez pół drogi... Wróciłyśmy do domu koło godziny 2200. Chłopacy zamykają na noc drzwi od środka. Nie wiem po co, ale niech im będzie. Śpią na piętrze, my na parterze. Łapię za klamkę... Zamknięte. No to pięknie. Magda źle się czuła i poszła spać, a chłopacy z piętra nic nie słyszą. Stałam pod naszym oknem dobre 10 minut zanim ukazała się w nim zaspana i obrażona Magda. Spała już, a ja ją obudziłam, ale inaczej spałybyśmy pod schodami...

23.08.2005

Jedziemy dziś znowu drogą nr 95, ale zjeżdżamy dużo wcześniej niż prowadzi droga na Lappland.

Wreszcie!!! Są dwa piękne, dorodne renifery! Zatrzymały się na wyrębie, niedaleko nas i patrzyły w naszą stronę. Mogłabym tak stać i je podziwiać całą wieczność. Są piękne... Po chwili odeszły w głąb lasu, a my pojechaliśmy dalej. Skręciliśmy w leśną drogę. Pasło się tam zawsze stado reniferów z dzwoneczkami na szyjach, ale w tym roku nie było żadnego. Za to ja i Magda znalazłyśmy zgubione przez nie poroża. Są już trochę stare i spróchniałe, ale to zawsze trofeum. Misja wypełniona Đ renifery zobaczyłam, poroże znalazłam.

Gdzieś niedaleko, na innej górze trwało polowanie. Słyszeliśmy wyraźnie głosy ludzi, nawoływanie, strzały i ujadanie psa. Poszłam w las z Magdą, ale się rozdzieliłyśmy. Magda mówiła, że dziś jej się nie chce zbierać. Nagle usłyszałam niedaleko siebie dziwne dźwięki, jakby ktoś uderzał czymś we wiaderko. Pomyślałam sobie, że Madzi się nudzi i zbierałam dalej. Przeszłam na drugą stronę drogi. Zobaczyłam Magdę. Wołam do niej, żeby nie stukała we wiaderko i zabrała się do pracy (w żartach oczywiście), a ona do mnie, żebym sobie nie żartowała. Ponoć krzyczała do mnie, że to nie jest śmieszne i żebym jej nie straszyła, ale ja jej nie słyszałam. Dziwna sprawa ,hehe. Po drugiej stronie drogi, na zboczu góry ujadanie się nasiliło. Magda powiedziała, że ona się boi, że ten pies jest gdzieś niedaleko i nas pogryzie. Śmiałam się z niej, ale sama nie chciałam zostać i poszłam z nią. Schodząc widziałyśmy jadący samochód. Magda krzyknęła do mnie: „Patrz mają renifera! Zobacz, jaki duży!”. Nie widziałam dobrze i nie byłam pewna czy to renifer, ale chyba miała rację. Szłam drogą w stronę samochodu, kiedy za sobą usłyszałam dźwięk auta. Przejechali obok mnie machając do mnie ręką. Na przyczepie zobaczyłam martwego, dorodnego renifera z pięknym porożem... Odechciało mi się pracować. Chciało mi się płakać. Tak bardzo lubię te zwierzęta, a tu obok mnie przejeżdża samochód z zabitym reniferem na przyczepie... Catarina mi powiedziała, że muszą robić odstrzały, bo jest ich bardzo dużo i zimą podchodzą do domów i robią dużo szkód. Tylko skoro jest ich tak dużo to, czemu ja ledwo dwa widziałam. Czuję się zawiedziona...

   
 

24.08.2005

Jedziemy dziś za „naszą górę”. Skręciliśmy w jakąś leśną drogę. Jeszcze tu nie byłyśmy. Lasy wysprzątane. Zbieramy się do samochodu, ale nie ma Jacka. Podjechaliśmy kawałek dalej. Wysiedliśmy i nawołujemy Jacka. Ktoś nam odpowiada, ale nie jest to ani Jacek, ani język polski. Na szwedzki też mi to nie wygląda, hmm... Jacek się znalazł. Zapada decyzja Đ jedziemy dalej, zobaczymy, co się tam dzieje. Mama mówi, że dawniej jej znajomi tu jeździli i ponoć dalej są jakieś szczyty i tam zbierali. Nagle zza zakrętu widzimy jakiś samochód i ludzi stojących wokół niego... Kto to?!... Tajowie... Koniec zbierania. Żeby nie było, że jesteśmy niemile nastawieni, uśmiechałam się i machałam do nich ręką. Oni odwzajemnili uprzejmości, ale mieli więcej powodów do dobrego samopoczucia. Przejechaliśmy dalej patrząc jak ładują do samochodu pełne skrzynki jagód. Wszystko, co było za ich samochodem było już wyzbierane. Dalej były te szczyty, o których mówiła moja mama. Zawsze myśleliśmy, że Tajowie zbierają głównie na płaskich terenach, ale mit został dziś obalony. Wszystkie szczyty puste. Tego jeszcze nie było. We trzy zebrałyśmy po Tajach 30kg... Właśnie, dlatego widok Tajów nie budzi w nas szczególnej radości... Dzień mycia się, czyli wyjazd na camping... Przemek zabrał się stopem do Norsjö. Podobno tam na campingu jest ok. 50 Polaków. Wszystko jasne Đ Polacy w Norsjö, a Tajów gromada w Jörn... Przemek chce tam znaleźć załogę, z którą będzie mógł już w piątek wyjechać. Czekaliśmy na niego, ale zrobiło się późno i poszliśmy spać. Widocznie postanowił przenocować w Norsjö na campingu...

   
 

25.08.2005

Wszyscy się już zaczynają martwić o Przemka. Nagle o 700 wchodzi do domu. Oczy mało nam na wierzch nie wyszły. Byliśmy w szoku, gdy go zobaczyliśmy. Chłopak szedł z Norsjö do Jörn (ok. 50km) na pieszo, nocą! Po drodze kimnął na jakimś przystanku, ale bał się, że zamarznie i poszedł dalej. Ta szosa ciągnie się cały czas w lesie. Domów po drodze prawie nie ma i jest ciemno. Podziwiam go, ja bym umarła ze strachu... Jutro wyjeżdża i po nieprzespanej nocy chce jeszcze z nami jechać na pole... Jedziemy jeszcze dalej niż wczoraj. Mamy nadzieję, że tam jeszcze Tajów nie poniosło. Chciałyśmy początkowo jechać do Norsjö, ale to płaskie lasy i o tej porze już pewnie są przetrzepane, a jechać jakieś 50km po to, żeby się w tym utwierdzić nie zadowala nas.

Szybka decyzja załogi i skręcamy w pierwszą drogę leśną. Jedziemy w kierunku Storklinty. Zatrzymaliśmy się w połowie drogi. Z jednej strony wielkie jezioro i góra zasłonięta od połowy w górę gęstą mgłą, a po drugiej góra porośnięta lasem i jagodzinami. Nie ma szans, żeby tu nie było jeszcze zbierane. A jednak! Chyba opatrzność nad nami czuwa... Znowu się zgubiłam... Polazłam na szczyt i między tymi wszystkim drzewami zakręciłam się i nie wiedziałam którędy iść. Niedaleko mnie słyszałam dziwne dźwięki, podobne do uderzania zbieraczką o drzewo. Pomyślałam: „Jacuś...”. Przynajmniej wiedziałam, że nie jestem sama. Zaczęłam szukać go, ale nie znalazłam, a dźwięki były bardzo blisko. W końcu znalazłam drogę na dół. Schodząc spotkałam... Jacka! Cholera, co to w takim razie było? Może jakieś zwierze... A ja znowu nie widziałam ;(... Znowu samochód załadowany po sam dach. Wiadra w bagażniku, na kolanach, pełne worki na bagażniku, na dachu. Znowu ponad 40kg na głowę. Przy cenie 10 koron, aż chce się pracować!

26.08.2005

Rano odwiozłam z mamą Przemka do Norsjö. Bardzo polubiłam tego chłopaka, ale niestety musi wracać do kraju. Rano jeszcze jagody na dżem przebierał, hehe... Wracamy na wczorajsze miejsce, ale jedziemy dalej tą drogą. Niedaleko wyciągu narciarskiego jest świetny wyręb. Moja mama bardzo lubi zbierać na wyrębach. Jednak ten nie przypadł żadnej z nas do gustu. Nie dość, że jagoda była tu już zbierana, to krzaki są bardzo wysokie i sztywne, a owoce na jagodzinach rosną pojedynczo. Zbierało się okropnie. W pewnej chwili drogą przejechał podejrzanie znajomy samochód. To był Piotr. Czyli tutaj urzęduje nasz znajomy ze swoim kompanem. Piotra znałam ze wcześniejszych wyjazdów, ale tego drugiego faceta widziałam pierwszy raz. Znała go za to moja mama z pierwszego wyjazdu (jeszcze z Interegionu). Tak jak opowiadała, człowiek bardzo zakręcony i zabawny. Tak łaziłyśmy po tym wyrębie, aż doszłyśmy do małego zagajnika pod szczytem jakiejś górki. Jak się okazało ciągnął się on wzdłuż drogi, którą jechał Piotr. Spacerek okazał się bardzo owocny. Wracamy tu jutro...

 
 

27.10.2005

Zrobiło się znowu bardzo zimno, wiał lodowaty wiatr i od rana lał deszcz. Już od kilku dni patrzymy jak sąsiedzi na noc przykrywają ziemniaki i inne roślinki. Nie zbyt optymistyczny widok...

Cała czwórka zbiera w zagajniku koło Storklinty. Jackowi się jednak miejsce nie podoba i wraca do lasu, gdzie wcześniej zbierał. Leje deszcz. Pływamy w kaloszach. Jesteśmy przemoczone od stóp do głów. Zastanawiam się jak wysuszymy kalosze na tym małym kominku. Do tego nad nami wisi ogromna, granatowa chmura. Zaczyna grzmieć. Magda idzie do samochodu, bo się boi burzy. Na szczęście dziś pioruny nie waliły. Moja mama dla rozrywki zaczęła drażnić mrówki w mrowisku. Osobiście boję się tych czerwonych mrówek. Boleśnie gryzą paskudy. A moja mama mnie woła, żebym przyszła zobaczyć jak śmiesznie biegają po mrowisku i stają na dwóch nóżkach... Niedoczekanie. Nie ma mowy, nie podejdę tam... W domu zrobiliśmy duży ogień. Dziś wyjątkowo długo paliliśmy, bo trzeba było wszystko jakoś posuszyć, a wieczorem znowu pojechaliśmy się umyć.

28.10.2005

Zagajnik, w którym zbieramy od kilku dni ciągnie się daleko i jagody pewnie dalej są, ale droga jest beznadziejna, pełno kanciastych, wystających z ziemi kamieni. Na pieszo łazić z pełnymi wiadrami co godzinę, czy półtora to strata czasu Đ za duży odcinek. Przed wjazdem do zagajnika na drodze stały wywalone głazy. Kto był autorem tej konstrukcji?... Piotr i jego znajomy, a komu innego by się chciało, hehe. Lubię tych chłopaków, mają ciekawe pomysły... W każdym razie dziś już tam nie wracamy, jedziemy dalej... Wjeżdżamy w kolejną paskudną drogę. Jacek zbiera gdzieś w lesie. Niech zbiera daleko ode mnie... My zbieramy na dużym wyrębie. Wieje silny wiatr, jest zimno. Jagód w bród. Zaczęło lać, więc poszłyśmy do samochodu po kapoki. No i mamy problem... Po sprzątaniu samochodu zapomniałyśmy zapakować do bagażnika kapoków. Musimy zostać w samochodzie, bo wszystkie inne ciuchy są jeszcze mokre. Pogoda nas dobija. Do tej pory były dwa dni słoneczne. Reszta to ciągle deszcz Đ jak nie rano, albo przez cały dzień to zleje nas na skupie i tak w kółko...

29.08.2005

Jacek chce zbierać na górze, na której zaczynaliśmy sezon. Niech jedzie. Będzie święty spokój, a i tak mamy po drodze. My zbieramy znowu na wczorajszym wyrębie. Kolejne żniwa nam się trafiły.

Straszna wichura się dziś zerwała. Obok nas zaczęły się przewracać drzewa... Siedziałam z mamą w samochodzie, jadłyśmy śniadanie i patrzyłyśmy na to przedstawienie. Kawałek od drogi rosły trzy wielkie sosny i okropnie się kołysały. Powiedziałam, że ja tam zbierać nie idę... Nigdy nie mów nigdy. Zanim się zorientowałam już tam zbierałam. Kawałek dalej zbierała Magda i się ze mnie śmiała. Krzyczała, że moje pełne wiaderka sobie weźmie jakbym skończyła swój żywot pod tymi drzewami. Dobry żart, ale mi nie było do śmiechu. Chwilę później leżała na ziemi wielka brzoza. Zbierałam koło tych drzew w pośpiechu i gadałam sama do siebie, że mam dopiero 20 lat i chcę jeszcze trochę pożyć, hehe. Warto było zaryzykować. Znowu każda miała po ok. 40kg... Na skupie niespodzianka... Jagoda jest za 12 koron. Tego jeszcze nie było w mojej krótkiej karierze zbieracza!

 
 

30.08.2005

Znowu brak pomysłów, gdzie jechać... Jedziemy na Crossbanę. Nie mam ochoty tam jechać. Pamiętam, że ostatniego roku tam zbieraliśmy. Tereny koło Crossbany to małe królestwo czerwonych mrówek. Jest ich tam cała masa. Na szczęście nie było tam, co zbierać i pojechaliśmy dalej. Zjechaliśmy jeszcze w jedno miejsce. Nie było najgorzej, więc zostaliśmy, ale nie były to jakieś wspaniałe rezultaty. W końcu stało się... Jacek zaczął się obrażać, że wstajemy za późno, że inni zbierają więcej niż on, że szkoda nam paliwa, żeby jeździć dalej. Tylko, że jak dalej jeździmy i okazuje się, że są pustki to marudzi, że nic nie ma, a paliwo się marnuje na wycieczki. Nie dogodzisz... Zrobiło się nieprzyjemnie, ale mam wreszcie okazję, żeby mu dogadać. Panicz się znalazł. Facet mówi o sobie jak o wielkim turyście, a od przyjazdu nie przeszedł się nawet po miasteczku. Nie poszedł ani razu do sklepu, boi się, że zobaczy coś, na co miałby ochotę, a szkoda mu jednego öre. Powiedziałam mu, że może się wynosić do innej załogi. Zbieraczkę ma za darmo, bo jest nasza, za dom nie płaci ani grosza i jeszcze mu nie pasuje. Od tej pory jest potulny jak baranek.

31.08.2005

Zbieramy w miejscach, w których wcześniej już byliśmy. Mieścimy się w normie od początku pracy. Zbieramy średnio 35-40kg owocu dziennie. Moja mama widziała dziś żmiję, podobno była śliczna... Śliczna?! Żmija?! No błagam... Jak taki padalec może być ładny. Aż po mnie ciarki przeszły.

Catarina na skupie powiedziała mi, że sąsiedzi się skarżą, że palimy ogień w domu i musimy przestać. Boże... Ja rozumiem, że dom jest stary i że dawno w nim nikt nie palił, ale ogień jest tylko, kiedy jesteśmy w domu i tylko po to, żeby zaparzyć herbatę i wysuszyć ciuchy. Widocznie tamtego dnia po ulewie przesadziliśmy. Catarina nie mówiła, którzy sąsiedzi się tak boją, ale to nie była trudna zagadka. Już następnego ranka sąsiedzi z domu obok Đ dawnego hotelu Filadelfia Đ wychodząc z domu zadzierali głowy w stronę naszego komina... Już nie palimy... Chcieliśmy się dogadać z właścicielką campingu, żeby legalnie korzystać z łazienki za opłatą, co któryś dzień, ale w między czasie... zamknęła camping. Porażka! Ani wody, ani ognia... Na szczęście czynny jest ogólnodostępny kran z wodą na zewnątrz.

   
 

01.09.2005

Jacka wywiozłyśmy do lasu, a same pojechałyśmy do Skelleftey. Musimy przed wyjazdem kupić nowe opony, bo nasze są już w marnym stanie. Trochę się pogubiłyśmy, ale na stacji czy w sklepie zawsze nam ludzie pomogą. Zadziwia mnie to, że tam nawet staruszki (60 Đ 70 lat) władają całkiem niezłym angielskim, a nawet jeśli znają tylko podstawy to starają się pomóc, nie odwracają się do ciebie, nie wstydzą się, że może mówią niepoprawnie... Po powrocie Magda i mama pojechały jeszcze na pole, a ja zostałam w miasteczku. Łaziłam znanymi mi drogami. Zawitałam do znajomych właścicieli hotelu Vilan, pobawiłam się na placu zabaw i powspominałam dawne wyprawy do Szwecji. Zrobiło mi się smutno, gdy pomyślałam, że to już 01 września. Prom mamy już zamówiony na 10 września. Nie chcę stąd wyjeżdżać... Przemek wieczorem napisał, że właśnie dobija do Gdyni...

02.09.2005

Wczoraj dziewczyny znalazły świetne miejsce i dziś tam jedziemy wszyscy. Faktycznie, miejsce ładne i całkiem fajnie się zbiera. Niedaleko nas zauważyłam jakiegoś Szweda z pieskiem na spacerze. Jackowi się ponownie nie podobało, więc mama wywiozła go dalej. Nazbierałyśmy całkiem sporo. Kiedy owoce się kończyły, poszłam szukać dalej, ale znowu same bagna i puste pola. Pod koniec zbierania mama pojechała po Jacka, a my z wiadrami czekałyśmy przy drodze. Postanowiłyśmy sprawdzić jak zareagują na nasz widok przejeżdżający ludzie... Usiadłyśmy na pustych wiaderkach i czekałyśmy na jakiś samochód. Pierwszy przejechał obok nas jakiś Szwed. Wiedziałyśmy, że na pewno się zatrzyma jak zauważy, że coś jest nie tak (wcześniej wielokrotnie Szwedzi zatrzymywali się, żeby zapytać czy nie potrzebujemy pomocy), więc uśmiechnęłyśmy się tylko. Szwed zatrąbił i pomachał nam. Z daleka widziałam jadący znajomy samochód. Byli to Polacy. Znałam ich tylko z kilku zamienionych słów na skupie. W załodze była zabawna, ufarbowana na blond kobieta. Lubiła się popisywać na skupie. Udałyśmy załamane, zrobiłyśmy miny jakbyśmy siedziały tam już co najmniej trzy dni. Kobieta tylko wybałuszyła oczy, palcem wskazała na nas kompanom i na tym się skończyło... Nawet się nie zatrzymali, żeby zapytać czy wszystko w porządku. Pojechali dalej... No cóż, niczego więcej się po nich nie spodziewałam.

03.09.2005

Dla odmiany, żeby nudno nie było... znowu leje deszcz... Znaleźliśmy nowe miejsce. Wjechaliśmy samochodem na górę i się rozeszliśmy. Szczęka mi opadła jak zobaczyłam ile wokół jagód. Myśleliśmy, że raczej będzie już trudno o dobre miejsce i trzeba będzie zacząć zbierać borówkę, a tu taka niespodzianka... Jacek oczywiście, zgodnie z tradycja, przebiegł po okolicy i powiedział, że on tu nic nie widzi i że zbierać tu nie będzie... Nie to nie. Mama odwiozła go na inna górę, gdzie dzióbał resztki, ale skoro tak chciał Đ jego problem. Miałyśmy z Magdą pełne wiadra i nie miałyśmy, do czego zbierać, a mamy dalej nie było. Zbierałyśmy do Magdy bluzy. W końcu „szofer” przyjechał. Okazało się, że pod górą spotkali Piotra Đ przyjechał po schowane w krzakach skrzynki. Samochód nie chciał jej odpalić. Nie wiedzieli co się dzieje. Jacek zaczął panikować, że my biedne, bezbronne sierotki zostałyśmy same na szczycie jakiejś góry i pewnie jesteśmy przerażone... Taaa... Bez komentarza...

Z jagodami ledwo zjechałyśmy, tak byłyśmy obładowane. Catarina była w szoku, że tyle przywiozłyśmy... my też.

04.09.2005

Jacek chce jechać z nami. Ciekawe, dlaczego... Na górę wjeżdża się samochodem, a zbiera się idąc drugim zboczem w dół. Wchodzenie pod górę z pełnymi wiadrami to istna mordęga. Dopóki zbiera się blisko szczytu nie jest źle, ale im niżej się schodzi tym dalej i bardziej stromo trzeba się wspinać z pełnymi wiadrami. Pod koniec dnia byłyśmy ledwo żywe. W drodze powrotnej wyskoczył nam na drogę młodziutki renifer. Biegł przed nami kawałek, po czym skoczył w las. Był śliczny. Jak zwykle kiedy potrzebny jest aparat, ja zostawiam go w domu...

Na skupie od kilku dni spotykamy kilku młodych czarnoskórych chłopaków. Przyjeżdżają na rowerach, każdy ma dwa wiaderka. Mają jasne spodnie, markowe białe buty sportowe. Wyglądają jakby te jagody kupili w sklepie po czym przyszli na skup sprzedać. Zastanawiamy się jak oni to robią, że się nie brudzą. Może jadą się najpierw przebrać? W końcu dziś mijaliśmy ich w drodze na pole. My w kaloszach, brudnych łachach, a oni tak jak na skupie Đ w czyściutkich ubraniach, a na kierownicy po dwa wiaderka. Innego dnia widziałam ich w lesie, w niskich jagodach przy samej drodze. Ja nawet zbierając ręcznie bym się ubrudziła, a oni czyściutcy... W oknie ich mieszkania wiszą dwie francuskie flagi. Chciałam z nimi kiedyś pogadać, ale niestety znają tylko francuski.

   
 

05.09.2005

Ostatni dzień zbierania jagody. Zbieramy tam gdzie wczoraj. Dziś trzeba było zejść pod samą górę. Wzięłyśmy po 4 wiadra. Zbierałyśmy jagody, a kiedy wiadra były pełne zostawiałyśmy je w jednym miejscu, żeby zanieść je do samochodu na sam koniec. To był błąd... Wnosiłyśmy wiadra kilkanaście metrów dalej, później wracałyśmy po resztę i po kapoki. Tak całą drogę. Nie wiem ile czasu nam to zajęło, ale z pewnością duuużo. W samochodzie nie mogłyśmy się ruszyć i złapać tchu, a w głowach strasznie nam szumiało. Samochód już ledwo dźwiga te nasze jagódki.

06.09.2005

Dziś ostatni dzień pracy. W związku z tym zbieramy rekreacyjnie borówkę. Tak dla odmiany, bo po wczorajszym dniu uszami nam wychodzą jagody. Jest strasznie zimno i marzną nam ręce. Powietrze ma temperaturę pewnie koło 4-5 stopni. Zamarzam... Nawet ruch nie pomaga. Jest naprawdę zimno.

Uzbierałyśmy po 6 wiaderek borówki i doszłyśmy do wniosku, że tyle starczy. Już nam się nie chciało. Przyniosłyśmy jeszcze kilka skrzynek z piwnicy. Kilka dni wcześniej wybraliśmy się wieczorem na borówkę, ale strasznie nas meszki pożarły i więcej nie jechaliśmy... Na skupie spotkaliśmy Piotra i jego znajomego. Ten pomógł mi przy przesypywaniu borówki do innych skrzynek. Usłyszałam cichy głos: „Chowane?...” Hehe, pewnie, że chowane. Ci chłopacy znają wszystkie sztuczki. Mama mi opowiadała, że skrzynki już moczyli w wodzie, bagnie, wkładali do nich kamienie itp.... Borówka jest za 6 koron. Nikomu się nie opłaca jej zbierać za taką cenę. Wszyscy wolą szukać jagody. Piotr mówi, że jak skończy się im jagoda to też uciekają...

Na skupie zamieniłam jeszcze kilka zdań z Catariną i SuriŐm. Suri też wraca niedługo do Tajlandii. Obiecaliśmy sobie, że zobaczymy się za rok. Czas pokaże... Catarina żałuje, że już wyjeżdżamy bo nie skończyłam uczyć ją liczyć po polsku. Może w przyszłym roku, albo wyśle jej elementarz na święta ;)...

   
 

05.09.2005

Ostatni dzień zbierania jagody. Zbieramy tam gdzie wczoraj. Dziś trzeba było zejść pod samą górę. Wzięłyśmy po 4 wiadra. Zbierałyśmy jagody, a kiedy wiadra były pełne zostawiałyśmy je w jednym miejscu, żeby zanieść je do samochodu na sam koniec. To był błąd... Wnosiłyśmy wiadra kilkanaście metrów dalej, później wracałyśmy po resztę i po kapoki. Tak całą drogę. Nie wiem ile czasu nam to zajęło, ale z pewnością duuużo. W samochodzie nie mogłyśmy się ruszyć i złapać tchu, a w głowach strasznie nam szumiało. Samochód już ledwo dźwiga te nasze jagódki.

06.09.2005

Dziś ostatni dzień pracy. W związku z tym zbieramy rekreacyjnie borówkę. Tak dla odmiany, bo po wczorajszym dniu uszami nam wychodzą jagody. Jest strasznie zimno i marzną nam ręce. Powietrze ma temperaturę pewnie koło 4-5 stopni. Zamarzam... Nawet ruch nie pomaga. Jest naprawdę zimno.

Uzbierałyśmy po 6 wiaderek borówki i doszłyśmy do wniosku, że tyle starczy. Już nam się nie chciało. Przyniosłyśmy jeszcze kilka skrzynek z piwnicy. Kilka dni wcześniej wybraliśmy się wieczorem na borówkę, ale strasznie nas meszki pożarły i więcej nie jechaliśmy... Na skupie spotkaliśmy Piotra i jego znajomego. Ten pomógł mi przy przesypywaniu borówki do innych skrzynek. Usłyszałam cichy głos: „Chowane?” Hehe, pewnie, że chowane. Ci chłopacy znają wszystkie sztuczki. Mama mi opowiadała, że skrzynki już moczyli w wodzie, bagnie, wkładali do nich kamienie itp.... Borówka jest za 6 koron. Nikomu się nie opłaca jej zbierać za taką cenę. Wszyscy wolą szukać jagody. Piotr mówi, że jak skończy się im jagoda to też uciekają...

Na skupie zamieniłam jeszcze kilka zdań z Catariną i SuriŐm. Suri też wraca niedługo do Tajlandii. Obiecaliśmy sobie, że zobaczymy się za rok. Czas pokaże... Catarina żałuje, że już wyjeżdżamy bo nie skończyłam uczyć ją liczyć po polsku. Może w przyszłym roku, albo wyśle jej elementarz na święta ;)...

07.09.2005

Od rana próbujemy się pozbierać z tymi wszystkimi rzeczami do pakowania. Droga powrotna będzie wygodniejsza, bo nie ma już Przemka. Czekamy z ładowaniem na samochód, bo ciągle pada deszcz. W końcu wyjechaliśmy koło południa. Samochód trochę lżejszy, więc powinno być mniej problemów. Jeszcze tylko postój na HYDRO i w drogę. Żegnaj Jörnie... W połowie drogi przestało padać. Zatrzymujemy się ponownie na campingu niedaleko Skuleskogens nationalpark. Siedzę do późnego wieczora na ławce i patrzę na przejeżdżające tiry. Znowu nie wiem kiedy ponownie zawitam do Szwecji. Tyle czekałam na ten wyjazd, a już trzeba wracać... Szkoda.

 

Szwecja, anonse1

 

08.09.2005

Cały dzień w drodze. Zatrzymujemy się, co kawałek, żeby odpocząć. Wreszcie zaczęło świecić słońce i zrobiło się cieplutko. Robimy zakupy w Nyköping... Masa cukierków Karamellkungen Đ dla siebie (ubóstwiam je), dla chrześniaczki, dla braci (najbardziej lubią te słone trupie czaszki) i znajomych. Dżem borówkowy koniecznie trzeba przywieść do domu. Miałam na niego zamówienia wśród znajomych. Zeszło nam trochę czasu w sklepach i chyba nie zdążymy na wyspę Öland przed nocą. Myśleliśmy o rozbiciu się gdzieś przy drodze, ale nie było nigdzie dobrego miejsca. W końcu stwierdziliśmy, że jedziemy na Öland, nieważne, o której godzinie zajedziemy.

Na Öland byliśmy po 2300. Namioty rozkładaliśmy niedaleko morza i mostu przy światłach reflektorów samochodu. Jakoś nawet nie najgorzej nam to wyszło i całkiem sprawnie. Jak co roku korzystamy z bliskości campingu i idziemy się umyć i zagotować wodę na herbatę.

 
 

09.09.2005

Uwielbiam spać tu pod namiotem. Wiatr od morza i szum fal obijających się o brzeg wyspy. Obudziło nas wcześnie słońce. Nie mogę uwierzyć własnym oczom... Ani jednej chmurki na niebie i strasznie gorąco. Tego nam było trzeba po całym miesiącu deszczu i zimna... Poszliśmy do informacji turystycznej, żeby dowiedzieć się co warto zobaczyć na południu wyspy, a przy okazji nazbierać nowych broszur... Pojechaliśmy na południe Öland. Jechaliśmy cały czas główną drogą numer 136. Widzieliśmy stare wiatraki i jeszcze starsze kamienne grobowce (chyba grobowce, nie dam sobie głowy za to uciąć). Prawie przez całą drogę widzieliśmy po naszej prawej stronie morze.

Pojechaliśmy na samo południe, żeby zobaczyć latarnię morską Långe Jan. Śliczne miejsce. Wokół pełno ornitologów i innych wielbicieli ptaków z lornetkami. Po drodze i polach chodzą spokojnie owce, a przez lornetkę umieszczoną w punkcie turystycznym koło latarni można zobaczyć wylegujące się foki. Pewien miły pan z punktu turystycznego opowiedział mi trochę o tych fokach. Ponoć to grupa fok, która przypłynęła tam kilka lat temu. Urodziło się już kilka młodych i są z tego faktu bardzo zadowoleni i dumni... Foczki są śliczne... Wracamy drugą stroną wyspy i podziwiamy wspaniałe widoki. Skręcamy w lewo, żeby dojechać do Resmo, gdzie jest śliczny, bardzo stary kościół... Na camping wracamy późnym popołudniem. Teraz już tylko relaksujemy się przed wyjazdem w nocy. Łażę po plaży i patrzę na brzeg Kalmaru. Czekam, aż zrobi się ciemno... W końcu Kalmar rozświetlają światła mieszkań, budynków firm i samochodów. 4-kilometrowy most łączący wyspę ze stałym lądem jest również pięknie oświetlony... Wieczorem do klubu niedaleko nas zjechała szwedzka młodzież. Zrobili imprezę i... spili się okropnie. A myślałam, że to tylko u nas hehe.

W nocy, po ciemku spakowaliśmy się i wyjechaliśmy.

 

 

10.09.2005

W Karlskronie, przed odprawą promową zjawiliśmy się koło 500 rano, może wcześniej. Zaczęła się znowu męczarnia... Na prom wjeżdżaliśmy znowu nerwowo, bo w drodze do Szwecji mieliśmy problemy z podjazdem. Tym razem chłopcy ze Stena Line się postarali. Wjechaliśmy bez większych problemów. Cieszyliśmy się, że wjeżdżamy jako jedni z pierwszych, bo szybko będziemy wolni w Gdyni, ale nie cieszyliśmy się zbyt długo. Zaczął padać deszcz, a nasz samochód stał teraz na wolnym powietrzu i mókł biedaczek, mókł... Wypłynęliśmy z portu z półgodzinnym spóźnieniem. Strasznie długo im zeszło z pakowaniem na pokład TIRów...

Cała droga promem po raz kolejny mnie męczyła. Za nic nie mogłam zasnąć, ale tym razem wcale nie żałowałam. Na godzinie drugiej siedział przystojny Szwed w średnim wieku ;). Bardzo mi się podobają Szwedzi, choć przeważnie nie gustowałam w blondynach. Teraz mogłam przesiedzieć na tym promie nawet trzy następne dni... Wieczorem dobiliśmy do portu w Gdyni... Już naprawdę jesteśmy w Polsce. Miałam ochotę zostać na miejscu z nadzieją, że mnie nikt nie zauważy i będę mogła wrócić do Sverige... Do zobaczenia za rok..?

Anna Oleś

 

Szwecja, anonse1