Szwecja.net / Turystyka / Relacje / ... 00710 = 

Tego autora:

2001

2002

2003

2004 cz.1

2004 cz.2

Skandynawskie zapiski 2004 część druga.

27.06.04. Niedziela

Zupełnie nieoczekiwanie zadzwonił Jacek, mój dawny kolega z Gorlic. W latach 1978 - 1982 mieszkaliśmy w tym samym hotelu robotniczym. Teraz on jest na rencie i często wyjeżdża do dorywczych prac za granicę. Zadeklarował chęć wspólnego ze mną wyjazdu na maliny do Szwecji. Potem, być może, zabierze mnie do Szwajcarii, gdzie pracował już w ubiegłych latach i ma tam wyrobione kontakty.

01.07.04. Czwartek

Anka z Jackiem potwierdzają gotowość do wyjazdu na zbiór moroszki. Pieniądze na podróż od Jacka są już na moim koncie, zaś Anka zapewniła mnie, że właśnie dziś dokonała przelewu.

Od Krzyśka otrzymałem wiadomość, że jest on ponownie w Norwegii. Spotkał się z Adamem i Đ w co z trudem uwierzyłem Đ znaleźli domek do malowania i kafelkowania za 17 tysięcy koron. To się nazywa mieć szczęście. My jeździliśmy tyle dni i nic, a oni jechali stopem sprzedać wódkę do Flateby i dogadali się z kierowcą.

12.07.04. Poniedziałek

Utrzymuje się fatalna pogoda. Praktycznie co dzień pada deszcz i jest chłodno. Taka aura jest nie tylko u nas, ale również w Szwecji, co napawa mnie niepokojem. Jeżeli bowiem nie będzie słońca, to malinom zabraknie niezbędnego ciepła i po prostu nie dojrzeją. Ba, mogą nawet zgnić. Tymczasem Sławek z Danką już dziś popłynęli do Szwecji. Nie życzę im źle, ale przypuszczam, że przez pierwszy tydzień raczej nie będą mieli co zbierać.

19.07.04. Poniedziałek

Jacek przybył wczoraj po południu ze Szczecina (był tam u siostry). Anka dojechała dziś rano z Krakowa. My z Piotrkiem byliśmy na miejscu. Tak wygląda skład pierwszej załogi. Druga ekipa, czyli Andrzej, Dorota, Monika i Piotr, pochodzi w całości z Gdańska. Dwoma samochodami ruszamy o szóstej rano w kierunku terminalu promowego w Gdyni. Już we Wrzeszczu zauważam, że tylne lewe koło mojej sieny ma duże luzy na łożysku. Nie ma jednak czasu na naprawy. Do promu jakoś się dotoczę Đ myślę sobie. W chwilę potem uświadamiam sobie, że zapomniałem kubka. Jeszcze później przypominam sobie o zapomnianej kiełbasie jałowcowej oraz metalowym talerzu.

Na promie spotykam znajomych z kempingu z ubiegłego roku. Teraz również wybierają się w rejon Storuman. Nie udaje mi się zdobyć miejsca w fotelu rozkładanym. Muszę więc zadowolić się nieruchomym. Na pocieszenie wypijam trzy Tyskie, które zapobiegliwie kupiłem wczoraj w Carrefourze.

Namawiam Jacka do udziału w konkursie karaoke. Mój kolega sprzed ćwierćwiecza trochę się kryguje, ale w końcu staje przed mikrofonem. Wybiera piosenkę Budki Suflera „Bal wszystkich świętych”. Śpiewa tak fatalnie, że aż wzbudza kakofonię oklasków, gwizdów i śmiechu. W sumie daje mu to jedną z trzech równorzędnych nagród w postaci bonu na 50 SEK. Kryterium oceny jest bowiem poziom aplauzu. Za uzyskane środki Jacek zamawia sobie kieliszek tequili za 34 korony, a za resztę funduje mi kawę.

Po zjechaniu z promu zabrałem się za naprawę koła. Dokręcenie i zabezpieczenie nakrętki łożyska zajmuje mi około 15 minut. O wiele więcej czasu pochłania Piotrowi zamontowanie bagażnika dachowego i przepakowanie bagażu. W efekcie czekamy na niego ponad godzinę i Karlskronę opuszczamy tuż przed 22. Jedziemy na północ drogą 22, z której w Nörkoping skręcamy w E-4.

20.07.04. Wtorek

Senność ogarnia mnie Đ jak zwykle Đ około pierwszej w nocy. Zatrzymuję się na poboczu i przesypiam na siedzeniu prawie trzy godziny. Potem jednym ciągiem jadę aż do Storuman. Docieram tu o 16.30 (to mój rekord). Załoga Andrzeja przyjeżdża półtorej godziny później. Oczywiście nikt nie ma do mnie pretensji (jak w ubiegłorocznym przypadku ze Sławkiem), że uciekłem. Piotr świadomie jechał przez całą trasę z prędkością nie przekraczającą 90 km/h. Dzięki temu zużył mniej paliwa.

W recepcji kempingu urzęduje ta sama, co w zeszłym roku, sympatyczna pani Irena. Niestety, ma dla nas złe informacje. Nawet bardzo złe! Po pierwsze Đ opłata za osobę ma wynosić w tym roku 40 koron za dobę. Po drugie - skupu jeszcze nie otwarto, gdyż moroszka jest jeszcze niedojrzała. W tej sytuacji marzenie o gorącej kąpieli i takiejże herbatce oddala się w bliżej nieokreśloną przyszłość. Nigdzie nie widzimy też Sławka, który powinien tu być ze swoją ekipą już od tygodnia

Postanawiamy rozbić się na dziko. Jedziemy zatem w rejon jeziora Skarvsjon, około 20 km od Storuman. Na upatrzonej przez nas niewielkiej polance są już trzej chłopcy z Koluszek. Koczują tu już od tygodnia. Mówią, że deszcz pada od paru dni i nie ma szans na to, aby malina szybko dojrzała. W ubiegłym roku zbierali moroszkę w tym rejonie już 13 lipca. Rozbijamy obok nich swój namiot, a Andrzej i jego ludzie jadą półtora kilometra dalej.

Na koniec dzisiejszego dnia warto zacytować myśl św. Augustyna: „Uważajmy za dobro i za prawdziwą łaskę, że otrzymujemy nie to, czego pragniemy, ale to, co jest dla nas pożyteczne”.

21.07.04. Środa

Rano budzi mnie SMS od Artura (uważni czytelnicy pamiętają go z ubiegłorocznych zapisków). Pyta się on, czy skupy są już otwarte. Ostrzegam go więc przed zbyt wczesnym przyjazdem.

Pobieżny rekonesans potwierdza zasłyszane pogłoski: malina jest nie tylko niedojrzała, ale i jest jej wyjątkowo mało. Na szczęście pojawia się słońce, a wraz z nim nadzieja na szybsze dojrzewanie..

Nie zabrałem z domu kratki od grilla, ponieważ nawet przez myśl mi nie przeszło, że będę mieszkał poza kempingiem. Wobec tego Piotrek zrobił ze znalezionego złomu konstrukcję, na której zawieszamy garnek i gotujemy nad ogniskiem wodę na herbatę, zupę czy kaszę.

Jacek bezustannie opowiada o swoich problemach z dziećmi, żoną i w ogóle o zmarnowanym życiu. Nudzi mnie trochę jego biadolenie. Na dodatek chrapie i gwiżdże on przez nos niczym przedwojenna lokomotywa.

22.07.04. Czwartek

Od samego rana upalnie. W to nam graj! Wygrzewamy się w słońcu i oczami wyobraźni widzimy, jak błyskawicznie dojrzewa moroszka.

Andrzej, Monika oraz Piotrek wybrali się stopem do Storuman. Ci pierwsi faktycznie szybko złapali okazję, a Piotrek szedł piechotą ponad połowę drogi do miasteczka i całą trasę z powrotem. Dla mnie jego wycieczka była o tyle pożyteczna, że w Konsumie kupił mi kubek za 20 koron.

Na „nasze” obozowisko zjeżdżają kolejni Polacy. Tym razem jest to dwóch mężczyzn z Nowego Sącza.. Nie przywożą wesołych wieści, jeśli chodzi o moroszkę. Tymczasem Krzysiek (ten, z którym jeździłem do Norwegii) wysyła do Anki SMS za SMS-em i chwali się, że mają z Adamem tyle pracy, że wprost nie mogą jej podołać. Ot, ironia losu.

23.07.04. Piątek

Kolejne rozpoznanie w terenie potwierdza wcześniejsze przypuszczenia. Z urodzajem maliny jest w tym roku tragicznie. Na przestrzeni kilku kilometrów znalazłem tylko pojedyncze owoce. Rok temu w tych samych miejscach było aż pomarańczowo od moroszki.

Z Dorotą i Piotrem przejechaliśmy się do Storuman. Niczego nowego jednak nie dowiedzieliśmy się. Cóż, trzeba będzie dalej koczować, teraz zresztą w większym gronie, gdyż załoga Andrzeja zdecydowała się przeprowadzić do nas. Tym samym przybyło dwa namioty, gdyż tamta grupa śpi po dwie osoby w jednym a nie w cztery, jak ma to miejsce w naszym przypadku. Teraz na polance zrobiło się naprawdę ciasno. Na szczęście jest tu drewniana wygódka, co ułatwia załatwianie pewnych niekoniecznie jawnych czynności fizjologicznych.

Swego rodzaju sensację wywołał Jacek, który ugotował zupę z grzybów, których świeżość była co najmniej wątpliwa, zaś robaki jak najbardziej realne. No, ale przecież każdy robal to mięso, a jak się go ugotuje...

Adam z Nowego Sącza złowił i podarował nam 19 okoni. Usmażyliśmy je na oleju z dodatkiem przyprawy do zup i ze smakiem zjedliśmy. Drewno na ognisko rąbiemy siekierką pożyczoną od chłopaków z Koluszek. Jest nas tu, na niewielkiej przestrzeni, 13 osób i nasza wspólna egzystencja przebiega bez jakichkolwiek zgrzytów. Sporo rozmawiamy, zwłaszcza o parszywym losie Polaków, którzy muszą się tułać po całym niemal świecie w poszukiwaniu jakiegokolwiek zarobku.

24.07.04. Sobota

Nadal utrzymuje się niezła atmosfera w naszym przypadkowym przecież gronie. Opowiadamy dowcipy, śmiejemy się, ale widać, że w głębi ducha każdy martwi się. Wszak nie przyjechaliśmy tu na urlop.

Na obiad gotuję dziś kaszę gryczaną z dodatkiem konserwy turystycznej. Jedna torebka o wadze 400 gram w zupełności wystarcza dla czterech osób. Ba, z dodatkiem jarzynki i przecieru pomidorowego przypomina to nawet trochę domowy obiad.

Po południu zaczął padać deszcz, który zagonił wszystkich do namiotów. Rychło okazało się, że namiot Moniki jest niezbyt szczelny i w efekcie sporo rzeczy wewnątrz zamokło.

Któryś z chłopaków z grupy „Koluszki” przyholował łódkę, która leżała bezużytecznie w krzakach niedaleko naszego obozowiska. Teraz Adam, Monika i Piotr wypływają na jezioro i wędkują. Oczywiście największe sukcesy notuje na swoim koncie Adam. Dziś znów zapewnił nam kolację złożoną z blisko 20 ryb. Na deser zaś podarował nam trochę ziemniaków, z których część upiekliśmy w ognisku. Ech, przypominają się szczenięce lata...

Z nudów gramy wieczorem w tysiąca. Bez trudu wygrywam z Piotrkiem i Anką. Przydaje się praktyka sprzed lat, kiedy to w hotelach robotniczych karty były jedną z podstawowych rozrywek.

25.07.04. Niedziela

Kolejny dzień spędzony niemal w całości przy ognisku. Najpierw herbata, potem kawa, następnie ryż z przecierem pomidorowym. Wieczorem zaś smażenie ryb, których Adam dostarczył nam tym razem aż 23, w tym 2 szczupaki. Dziwne, że ani mnie ani Andrzejowi i Monice połowy ryb jakoś nie wychodzą.

Niespodziewanie zajechał na nasze obozowisko Sławek ze swoją załogą. Dotychczas przez prawie dwa tygodnie biwakowali oni pod Wilhelminą, ale wygoniła ich stamtąd policja. Zgromadziło się tam bowiem około 30 osób, a teren na którym się rozbili, był jak najbardziej prywatny. Teraz szukają kolejnego miejsca na rozbicie namiotów. U nas, niestety, nie da się już wcisnąć ani jednego. Mają ze sobą po kilka kilogramów niedojrzałej moroszki.

26.07.04. Poniedziałek

Wczoraj trochę się przejaśniało, a dziś znowu leje.

Nigdy bym nie przypuszczał, że przyjadę do Szwecji jedynie po to, aby rąbać drzewo, palić ogniska i smażyć ryby. Ba, a gdyby mi ktoś powiedział, że będę to robił w towarzystwie Jacka Đ z którym ponad ćwierć wieku temu połączył mnie los w dalekich Gorlicach Đ to pewnie bym go wyśmiał.

Na kolację znów 20 okoni złowionych przez niezmordowanego Adama, wypatroszonych przez Jacka, umytych przez Dorotę i Ankę, usmażonych zaś przeze mnie i Piotrka.


Irek ze Szczupakiem

Moskitiera, którą kupiłem przed wyjazdem, pomaga na komary, ale wobec meszek jest bezużyteczna. Przedostają się one wszędzie i tną niemiłosiernie. Na ich aktywność szczególnie skarży się Jacek, który z racji swoich gabarytów jest bardziej narażony na krwiożercze ataki.

27.07.04. Wtorek

Ponad siedem godzin łaziłem po mokradłach. W efekcie uzbierałem około kilograma niedojrzałej moroszki. Podobne rezultaty osiągnęli pozostali członkowie mojej załogi, za wyjątkiem Piotrka, który przez 10 godzin zebrał około 4 kg.

Podobno jutro otwierają skup w Storuman. Ciekawe, jaką cenę zaproponują na początek? Moroszki jest tak mało, że nawet 100 SEK za kilogram nie byłoby za dużo. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest to tylko moje pobożne życzenie, a rzeczywistość okaże się bardziej brutalna.

Zażywam popołudniowego relaksu na łódce z kubkiem kawy w ręku. Wspaniała rzecz tak unosić się na lekko falującym jeziorze i delektować się zapachem Nescafe Classic.

Papużki nierozłączki, czyli Andrzej i Monika, dziś się nieco poprztykały, czego widocznym dla wszystkich objawem było kilkugodzinne wzajemne omijanie się. Po południu jednakże od nowa gruchali ze sobą niczym para gołąbków. Ot, młodość...

28.07.04. Środa

Ance i Piotrkowi skończyły się papierosy. No i dobrze, bo nie będą mieli czym karmić potencjalnego raka.

Dzisiejszy marsz po bagnach i leśnych wykrotach można określić jako poświęcenie dla sztuki. Dlaczego? Ano dlatego, że zbierałem hjortron według schematu: sztuka tu, sztuka tam. W sumie zebrałem jeszcze mniej niż wczoraj. To już przestaje być śmieszne.

Wśród mieszkańców obozowiska pojawiają się już oznaki podenerwowania. Ja sam czuję, że zaczyna mnie drażnić byle drobiazg. Wizja powrotu do kraju bez pieniędzy coraz częściej staje przed oczami. Na szczęście widzę też pozytywne strony życia. Z radością fotografuję ponad dwumetrowej wysokości mrowisko. Znajduję też przyjemność w pływaniu łódką po jeziorze.

29.07.04. Czwartek

Przeszedłem się przed południem po lesie dla zdrowia i spokoju sumienia. O zbiorach nie mogło być mowy, gdyż co rusz natrafiałem na ślady tych, którzy penetrowali ten teren przede mną.. Cholera, Polaków i komarów jest pod dostatkiem, a malin ze świecą szukać. Ale nie załamuję się, gdyż jak mówił Edison: „Nie zniechęcam się, gdyż każda nieudana próba, którą odrzuciłem, to kolejny krok naprzód”.

Anka i Jacek są zawiedzeni. Uważają, że zbyt optymistycznie przedstawiłem im perspektywy zarobku na hjortronie.. Cóż, ja tylko rzetelnie opowiedziałem o ubiegłorocznych zbiorach. Tegoroczne zaskoczyły przecież nie tylko mnie, ale i bardziej wytrawnych zbieraczy runa leśnego.

Jarek, Leszek i Mariusz (z Koluszek) opuścili rano obozowisko i pojechali szukać moroszki w inne miejsce. Pewnie niebawem pójdziemy w ich ślady.

Piotr odkrył, że w oponie jego volkswagena tkwi pokaźny gwóźdź. Nie wiadomo, jak tam się dostał, ale tzw. kapeć jest faktem. Ma więc chłopak problem, bo na kole zapasowym nie może długo jeździć, gdyż jest ono obliczone jedynie na dojazd do najbliższego punktu wulkanizacyjnego.

30.07.04. Piątek

Rano zwinęliśmy namiot, spakowaliśmy klamoty i zamierzaliśmy opuścić koczowisko. Niestety, czekała mnie przykra niespodzianka. Włożyłem kluczyk do stacyjki, przekręciłem i... klops. Silnik nawet nie zarzęził, a kontrolki pozostały tak samo ciemne jak poprzednio. Odezwał się jedynie alarm, który samoczynnie przełączył się na własne zasilanie. Było jasne, że padł akumulator. Jego całkowite wyładowanie Đ jak się później okazało Đ nie było spowodowane żadną usterką, lecz faktem świecenia się przez kilka dni i nocy żarówki w lampce pod sufitem. Nikt tego nie zauważył, gdyż od 10 dni nie korzystaliśmy z auta..

Dzięki pomocy Piotra, który udostępnił mi swój akumulator, udało się odpalić silnik i wreszcie mogliśmy pojechać do Storuman. Na kempingu wykąpaliśmy się (gorący prysznic po 10 dniach chlapania się w jeziorze jest rozkoszą), zjedliśmy obiad i porozmawialiśmy z przebywającymi tu ludźmi. Wszyscy narzekają na nieurodzaj, a niektórzy na Tajlandczyków. Okazuje się bowiem, że właściciel kempingu sprowadził tu grupę mieszkańców Dalekiego Wschodu, których dowozi na miejsce zbiorów i płaci im ponoć 30 SEK za każdy zebrany kilogram. Oni zaś zwijają się jak w ukropie i jeżeli wejdą na teren z moroszką, to nie pozostanie po nich nawet ślad tego owocu. Zresztą, nie od dziś przecież przedstawiciele tej nacji słyną z ogromnej skuteczności w zbieraniu runa.

W skupie płacą 50 koron za kilogram moroszki. Biorą jednak tylko dojrzałe maliny.

W załodze Andrzeja rośnie napięcie. Niektórym członkom tej grupy puszczają nerwy. Zupełnie niepotrzebnie, przecież wszyscy jedziemy na jednym wózku.

Chciałem, aby Sławek oddał mi pieniądze, które jest mi winien od blisko roku. On jednak twierdzi, że jeszcze nic nie zarobił. Zobaczymy, co powie za kilka dni.

31.07.04. Sobota

Tym razem rozbiliśmy nasze namioty kilka kilometrów na północny wschód od Storuman, przy drodze na Sorsele. Jest tu toaleta, betonowy krąg na ognisko i oczywiście jezioro.. Jedyny mankament do bezpośrednia bliskość dość ruchliwej trasy 45. Pogoda dopisuje, ale ze zbiorami nadal krucho.

Nie mamy siekiery, ale nie stanowi to większego problemu. Drewno jest suche i dobrze się łamie. Rozwiązaliśmy też problem kratki pod garnek, wyjmując po prostu metalową półkę ze starej lodówki, którą zauważyliśmy nieopodal skupu malin w Storuman.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Jacek z kozakami

 

01.08.04. Niedziela

O szóstej z minutami znów pojechaliśmy do Storuman. Tradycyjnie już skorzystaliśmy z darmowej kuchni i łazienki Đ rzecz jasna Đ całkowicie nielegalnie, uzupełniliśmy w Ice i Konsumie zapasy chleba i nieco pozwiedzaliśmy miasteczko. Ja znam co prawda Storuman jak własną kieszeń, ale chciałem pokazać to i owo Jackowi.

Po rozmowie ze Sławkiem, który zapewniał, że na 95% zna miejsce występowania moroszki, pojechaliśmy wraz z nim i jego załogą w stronę Tärnaby. W tym czasie nasza druga ekipa udała się w kierunku Kattisavan. Niestety, mimo przejechania 135 kilometrów w jedną stronę nic nie znaleźliśmy. Jedyny pożytek ze wspólnego ze Sławkiem wyjazdu był taki, że na poczet spłaty długu oddał mi 100 koron. Dobre i to. A propos Sławka, opowiedział mi on przygodę, jaką miał wczoraj. Otoż zdawało mu się, że zabrakło mu paliwa (potem okazało się, iż zapowietrzył się zbiornik). Zatrzymał więc jakiś samochód i poprosił o podholowanie do najbliższej stacji paliwowej. Szwed zgodził się i wziął jego forda na hol. Chwilę potem Sławek przeżył horror. Jeżeli mu wierzyć- bo jest to trudne do wyobrażenia - to kierowca tamtego samochodu przez około 30 kilometrów gnał z prędkością przekraczającą 100 km/h. W tym czasie na Sławka biły siódme poty, a cała jego uwaga była skoncentrowana na utrzymaniu pojazdu w bezpiecznej odległości od rowu. Szczególnie trudne było to na zakrętach.

Na noc rozłożyliśmy się nad jeziorem Starbjorkvattnet. Było tu nawet narąbane drewno na ognisko. Szczytem szczęścia było zaś znalezienie pozostawionej przez kogoś siekierki. Nie jest ona zbyt ostra, ale na pewno się przyda.

02.08.04. Poniedziałek

Od wczesnego rana podziwiamy śnieżne czapy na szczytach mijanych gór. Jednocześnie rozglądamy się za polankami z moroszką. Niestety, dość długi objazd wokół Tärnaby nie przynosi żadnych efektów. Mróz i długotrwałe deszcze zrobiły swoje. Niejako na pocieszenie znajduję okazałe poroże renifera. Rogi są już nieco sfatygowane i pokryte zielonym nalotem ale na pewno dadzą się doczyścić.

Po południu zjechaliśmy do Storuman. Tu sprzedaliśmy dotychczasowe zbiory. Ja miałem 3,6 kg, Jacek 3,1 kg, Anka 2,1 kg i Piotrek 8 kg. Dziś płacili już po 60 koron za kilogram. O skali opłacalności, a raczej jej braku, może świadczyć to, że moja załoga wydała w ostatnich dwóch dniach aż 450 koron na paliwo. Wystarczy to pewnie na kilka dni, ale jak widać, koszty zjadają lwią część zarobku. I tak dobrze, że nie musimy płacić za kemping.

Na nocleg udaliśmy się ponownie w rejon Skarvsjöby. Znów jesteśmy razem z Andrzejem i jego załogą. Im przez ostatnie dwa dni poszło nieco lepiej, ale w sumie sprzedali równie mało jak my.

Za 150 koron sprzedałem Sławkowi papierosy, które w kraju kosztowały mnie o połowę taniej. Gdybym je jednak odstąpił komuś obcemu, to mógłbym wziąć nawet 250 SEK. Głód nikotynowy jest bowiem tak silny, że palacze nie liczą się z kosztami.

03.08.04. Wtorek

Wczoraj Monika obchodziła osiemnaste urodziny. Wieczorem był więc szampan, piwo i nieodzowne w takich wypadkach „Sto lat”. Dodatkowo Jacek dał popis wokalny, śpiewając uwielbianą przez żeńską część naszego grona piosenkę o pchełce. Ja zaś wyciągnąłem pół litra Smirnoffa, które pierwotnie planowałem sprzedać. Czy jednak zawsze musi liczyć się tylko zysk?

Z wstydem przyznaję, że zabłądziłem dziś w lesie. Byłem tak pochłonięty zbieraniem moroszki, że nie pilnowałem kierunku marszu. W dodatku słońce schowało się za chmury. Kiedy się zorientowałem, że idę w niewłaściwą stronę, było już za późno na korektę szlaku marszruty. Powrót tą samą drogą trwałby bowiem o wiele dłużej niż zatoczenie pełnego koła. Zdecydowałem się zatem na okrążenie jeziora Skarvsjon. Część trasy wiodła przez bagna, ale końcowe 10 kilometrów szedłem już po asfalcie. Do bazy dotarłem po 12 godzinach przymusowego spaceru. Z kondycją nie było najgorzej. We znaki dawał mi się jedynie brak picia.

04.08.04. Środa

Anka marzy o jak najszybszym wyjeździe do Oslo, do swojego chłopaka Krzyśka. Być może również z nią Piotrek. Póki co obojgu doskwiera brak papierosów.

Po lesie chodzę zazwyczaj sam. Dzisiaj jednak poszedłem wraz z Anką i Jackiem. Już po niespełna godzinie marszu natknęliśmy się na niewielką rzeczkę. Ja przeskoczyłem ją bez trudu. Jednak sztuka ta nie udała się Jackowi, który obiema nogami wpadł do wody zanurzając się powyżej kolan. Widok ten tak przeraził Ankę, że zrezygnowała z dalszej drogi i zawróciła w stronę namiotu. Jackowi woda chlupotała w kaloszach, ale twardo szedł za mną przez kolejne trzy godziny. Nie znaleźliśmy jednak żadnej polanki, na której oprócz krzaczków malin byłyby też w większej ilości ich owoce. Zebraliśmy więc nie więcej niż po 30 dkg. Nieco lepsze rezultaty mieli pozostali: Piotrek ok. 4 kg, Andrzej z Moniką 5 kg.

Na obiad zjedliśmy kaszę z ziemniakami, które wspaniałomyślnie zostawili nam ludzie z Nowego Sącza. Z założenia miał to być krupnik, ale z powodu braku mięsa i przypraw danie to bardziej przypominało mamałygę.

05.08.04. Czwartek

Anka nie zbiera już trzeci dzień. Narzeka, że boi się chodzić po lesie i dosadnie mówi, że „Pier.... moroszkę”. Kurczę, taki stary jestem, a nadal nie mogę przyzwyczaić się do wulgaryzmów wydobywających się z ust kobiet.

Dziś uzbieraliśmy nieco moroszki 10 km od obozowiska. Po południu pojechaliśmy do Storuman. Tu, jak zwykle, skorzystaliśmy z kuchni i prysznica. Odwiedziliśmy też bibliotekę, w której dzięki darmowemu dostępowi do Internetu mogliśmy wysłać wiadomości oraz zapoznać się z korespondencją kierowaną do nas drogą elektroniczną przez bliskich i znajomych.

Sławkowi rozpada się załoga. Młodzi ludzie, których zwerbował przy mojej pomocy, nie znajdują z nim wspólnego języka i zamierzają wracać do kraju. Nie znam szczegółów, ale pewnie chodzi o to, że dużo jeżdżą i wydają pieniądze na paliwo, a nie ma z tego żadnych efektów. Możliwe też, że Sławek zachowuje się wobec nich arogancko.

Na skupie wybrzydzają i odrzucają maliny niedojrzałe lub niby przejrzałe Te ostatnie często polewane były przez zbieraczy wrzątkiem, aby osiągnęły pożądany kolor. Niestety, fortel był łatwy do wykrycia, gdyż owoce zmieniały co prawda kolor, ale pozostawały twarde.

Zdecydowaliśmy się sprzedać swoje zbiory w Wilhelminie, bo ktoś powiedział, że tam skupują po 65 koron za kg. Po przyjeździe do tego miasta okazało się, że w jednym ze skupów nie mają pieniędzy. Poza tym cena jest taka sama jak w Storuman. Skoro już jednak tu przyjechaliśmy, to nie pozostało nam nic innego jak sprzedać trzydniowe zbiory i poszukać miejsca na nocleg.

Względnie dobre miejsce na urządzenie obozowiska znaleźliśmy nad jeziorem Malgomaj, na skraju miejscowości Skansholm. Już po rozbiciu namiotów okazało się, że woda w tym miejscu nie należy do najczystszych. Pływały w niej jakieś małe żyjątka, które po zagotowaniu opadały na dno, tworząc brzydki osad. Śmialiśmy się, że herbata będzie bardziej pożywna, bo z mięsem.

06.08.04. Piątek

W nocy trochę padało. Wstaliśmy dość późno, bo wpół do ósmej. Pojechaliśmy zbierać w rejon Skog. Ja zebrałem około 2 kg, Anka nic, Jacek blisko 1,5 kg, a Piotrek aż 6 kg, gdyż znalazł dobrą polanę i siedział na niej prawie do dziewiętnastej. Miał duże szczęscie, ponieważ przy tegorocznym braku urodzaju trzeba się wiele nachodzić, żeby coś zebrać. To podstawowa zasada. Nie wystarczy już, jak w zeszłym roku, wejść na dowolną polanę i zbierać.

W ekipie Andrzeja znów jakieś niesnaski i ogólne zniechęcenie, a to wszystko dlatego, że prawie nic nie udało się im dziś znaleźć. Wiadomo zaś, że natura wielu osób jest taka, że chcą za wszelką cenę znaleźć winnego swoich niepowodzeń.. Nie przychodzi im do głów, że czasem nikt nie ponosi za nic winy. Po prostu o powodzeniu lub jego braku decyduje splot sprzyjających albo niesprzyjających okoliczności. I tyle.

07.08.04. Sobota

Anka ujawnia niezbyt szlachetne cechy swojego charakteru. W oczy mówi niewiele, za to poza plecami obgaduje ile wlezie. Chętnie przykleja łatki innym, a nie widzi swoich minusów, choćby lenistwa i braku wytrwałości.

Otrzymałem SMS od Eli z prośbą o jak najszybszy powrót do Gdańska. Przebukowałem zatem bilet powrotny na wtorek wieczór. Mam dopłacić 35 złotych do biletu, gdyż wracam w droższej taryfie. Za to ku mojemu zdziwieniu nic nie muszę dopłacać za fotel.

W związku z moim powrotem nastąpi reorganizacja załogi. Jacka „odstąpię” Sławkowi, do Karlskrony zaś zabiorę dwie osoby z jego ekipy. Dodatkowo w Sztokholmie ma dosiąść się Michał, czyli syn Danki.

Dzisiaj miałem najlepszy z dotychczasowych zbiorów. Mogłem nawet zebrać więcej, ale wypłoszyła mnie nadciągająca burza, zresztą pierwsza w czasie tegorocznego pobytu w Szwecji..

Nocujemy na starych śmieciach pod Skarvsjöby.

08.08.04. Niedziela

Jest piękny słoneczny dzień. Ostatni dzień przed podróżą spędzamy na kempingu w Storuman. Docierają tu do do mnie pogłoski o księdzu Jankowskim i jego dziwnych związkach z chłopcami. Cóż, po biskupie, dyrygencie i psychologu nic i nikt już mnie chyba nie zadziwi. A może to tylko plotki?

Zgodnie z planem zostawiam Jacka pod opieką Sławka i Danki. W zamian zabieram do swojego auta Barbarę i Tomka. Para ta postanowiła definitywnie opuścić Szwecję i nie chce mieć nic do czynienia ze Sławkiem. Zresztą, przyznać trzeba, że o moim koledze krążą na kempingu bardzo niepochlebne opinie. On sam natomiast narzeka na swoich byłych współpracowników. Cóż, nie było mnie na miejscu, więc nie nie mogę ferować wyroków. Swoje zdanie na ten temat jednak mam. A zresztą, zobaczymy co o współpracy ze Sławkiem powie po powrocie Jacek.

Niemal w ostatniej chwili udaje mi się sprzedać pół litra Bolsa za 100 SEK. Niestety, do kraju będę musiał przywieźć jeszcze 0,7 litra tej wódki. Nasi mało zarabiają, więc i piją niewiele.Gdybym miał więcej papierosów, to sprzedałbym bez trudu i z o wiele większym zyskiem.

 


Narada w Storuman

 


Przebieranie moroszki

 

09.08.04. Poniedziałek

Rano pożegnanie z Andrzejem i jego grupą.. Oni jadą na zbiory a my w stronę Sztokholmu. Po drodze dochodzi wiadomość od Michała, że nie będzie na nas czekał w umówionym miejscu, gdyż jest już w Nynasham i zaraz popłynie do Polski. Okazuje się, że obrotny 16-latek nie tylko dotarł stopem do Sztokholmu, ale i znalazł miejsce w samochodzie udającym się do Gdańska.

Pierwszy postój robię po blisko siedmiu godzinach jazdy (563 km) w Alebosjön nieopodal Soderhamn. Na noc zaś rozbijamy namiot w wiosce Alvkarleö. Miejscowość ta istnieje od 1659 roku i wygląda na dostatnią i zadbaną. Po raz któryś zastanawiam się, z czego bierze się dobrobyt mieszkańców tej i innych podobnych osad. Pola uprawnego tu nie widać, jest jedynie trochę łąk i parę pasących się na nich koni. Ciekawostką jest to, że właśnie tu usłyszałem po raz pierwszy w Szwecji pianie koguta.

 

10.08.04. Wtorek

Ankę i Piotrka wysadziłem przy drodze E 18, około 450 km od Oslo. Mam nadzieję, że dotrą tam do wieczora. W dalszą drogę jadę z Tomkiem i Barbarą. Sądziłem, że opowiedzą mi coś o swoich przygodach ze Sławkiem , ale okazali się wyjątkowo mało rozmowni. Może dlatego, iż wiedzieli o moich koleżeńskich układach z ich dotychczasowym kierowcą i przewodnikiem? Właśnie przypomniało mi się, że Sławek o mały włos nie zakończył żywota swego i pozostałych pasażerów, kiedy wjechał na tory tuż przed nadjeżdżający pociąg. Podobno od tragedii dzieliło go nie więcej niż półtora metra.

W kasach Stena Line w Karlskronie nie chcą przyjmować polskiego bilonu. Za to resztę chętnie wydają szwedzkimi drobnymi. Ciekawe, czy Gdynia w taki sam sposób rewanżuje się Szwedom.

 

 

 

 


Domek w Alvkarleö

 

11.08.04. Środa

O siódmej dopłynęliśmy do Gdyni. Nie wyspałem się, gdyż trafiłem na nierozkładany fotel. Gdybym to przewidział, to wziąłbym śpiwór i spałbym na podłodze jak wielu innych pasażerów.

Piotrek przysłał wiadomość, że właśnie dotarł autobusem do Oslo i zaraz idzie do pracy. To świetnie, że mu się udało.

Drugi SMS jest od Andrzeja. Informuje mnie on, że będzie wracał do kraju 22 sierpnia.

Teraz tradycyjnie nieco podsumowania. Finansowo wyjazd tegoroczny był porażką. Zarobiłem zaledwie na pokrycie kosztów. Jednakże nie żałuję. W sumie była to wspaniała przygoda i okazja do poznania ludzkich charakterów w sytuacjach odbiegających od szarej codzienności. Jestem też zadowolony i dumny z postawy moich synów, którzy w tym roku spisali się wzorowo.

Ireneusz Gębski
igebski@wp.pl

 

Irek Gębski, Spowiedź bezrobotnego

Relacje Ireneusza Gębskiego ukazały się w formie książkowej, w 2009 r.

 

2001 :: 2002 :: 2003 :: 2004cz.1 :: 2004 cz.2