Szwecja.net / Turystyka / Relacje / ... 00827 = 

Tego autora:

2001

2002

2003

2004

Z dziennika zbieracza - Szwecja 2003

01.07.03. Wtorek

Wczoraj kupiłem w Makro Cash and Carry 72 zupki chińskie i 34 puszki pasztetu z drobiu. Dzisiaj zaś w sklepie Sieć 34 zaopatrzyłem się w 24 konserwy turystyczne po 1,89 zł sztuka. Łącznie wydałem 155 zł. Jest to jednak dopiero połowa prowiantu, jaki będzie potrzebny dla mnie i dla Piotrka.

Interregion rozpoczął doroczny werbunek frajerów, zamieszczając ogłoszenia o treści: „Legalna praca przy zbiorze owoców w Szwecji. Wyjazd i pobyt sponsorowany. Średnie dniówki ca 150 zł netto.” Owo sponsorowanie polega na tym, że delikwent nie musi od razu zapłacić firmie całego haraczu, czyli 795 zł. Interregion jest bowiem tak łaskawy, że pozwala to uczynić w trzech ratach.

04.07.03. Piątek

Zazwyczaj nie przywiązuję wagi do snów i szybko o nich zapominam. Dzisiaj wszakże zapamiętałem nocne majaczenia. Otóż śniło mi się, że jestem już w szwedzkim Storuman. Jednakże miasteczko to było zupełnie inne niż w ubiegłym roku. Zamiast jeziora były tylko kałuże wody z łachami piasku i kupami kamieni. Na polu namiotowym nie było drzew, za to nie brakowało błota. Skup jagód też był nieczynny. Zacząłem właśnie żałować, że tam pojechałem, gdy coś mnie obudziło.

11.07.03. Piątek

Sytuacja zmienia się niczym w kalejdoskopie. Jeszcze wczoraj miał miejsce ostry konflikt z Andrzejem, a już dziś deklaruje on chęć wyjazdu na jagody. Skoro Danka definitywnie się wycofała, to - rzecz jasna - wolę wziąć syna niż jakiegoś obcego faceta. W tej sytuacji prawo jazdy poczeka. Na pracę w Mercorze też nie mam już co liczyć. Jedyny szkopuł związany jest z pieniędzmi. Trzeba przecież dokupić więcej jedzenia i sprzętu. Myślę jednak, że jakoś sobie poradzę.

Sławek przyniósł pieniądze na kupno koron i na bilet promowy. Miał nieco nadwyżki, więc przeznaczył ją na piwo. Skorzystałem, owszem, czemu nie?

13.07.03. Niedziela

Wczoraj kupiłem dwa litrowe termosy po 39 zł sztuka. Dziś nabyłem czajnik i deskę do krojenia za trzy dychy. Potrzebuję jeszcze jednej pary kaloszy. Powoli pakuję prowiant. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ÉSławek.

Dziś znów zaskoczył mnie poronionym pomysłem. Przed chwilą właśnie przyjechał do mnie z propozycją, która świadczy o jego kompletnym braku wyobraźni. Otóż po długich namowach przekonał on do wyjazdu na jagody Dankę i wymyślił sobie, że ja ją dokooptuję do mojej załogi. Blisko półtora tysiąca kilometrów w pięć osób!!!! Do tego bagaże z ponad miesięcznym zapasem żywności! Musiałbym chyba dysponować busem. Stanowczo odmówiłem. On jednak tak mocno wbił sobie do głowy myśl o wyjeździe z ukochaną, że na pewno tak łatwo nie odpuści. Może pojedzie własnym polonezem?Trudno, w najgorszym razie pojadę bez niego.

Sławek zdecydował się jednak jechać do Szwecji swoim autem. Moją sytuację komplikuje to o tyle, że muszę szukać dodatkowej osoby na jego miejsce. Jemu też zresztą brakuje jednego człowieka. Nie wystarczy mu też, co gorsze, pieniędzy na wyposażenie Danki. Niestety, ja już pod tym względem nie jestem w stanie mu pomóc. Wszystko przecież miało być inaczej, ale — jak wiadomo — każdy jest kowalem swojego losu.

15.07.03. Wtorek

Na razie nie mam żadnego chętnego na wyjazd, mimo iż zamieściłem kilka ogłoszeń w Internecie. Owszem, zgłosiło się dwóch chłopaków, ale po uzyskaniu konkretnych informacji więcej się nie skontaktowali.

W Teleexpressie przestrzegano dziś przed korzystaniem z usług firm pośredniczących przy wyjazdach na jagody do Szwecji. Sugerowano wręcz, że trzeba jeździć na własną rękę, gdyż efekt będzie taki sam, a zaoszczędzi się kilkaset złotych. Niestety, pojawiła się też informacja, iż z powodu suszy zbiory jagód mogą być mizerne. No cóż, kto nie ryzykuje, ten w kozie nie siedzi.

Zakup koron szwedzkich w Gdańsku nie jest wcale taką prostą sprawą, jakby mogło się wydawać. W pierwszych dwóch odwiedzonych przeze mnie kantorach nie posiadali ich w ogóle. W trzecim mieli raptem 900 SEK, więc machnąłem ręką i szukałem dalej. Dopiero w „Olimpie” udało mi się dostać półtora tysiąca koron po 0,493 złotego. Pozostałe 4 500 nabyłem w kantorze „Manhatan” po 0,485 zł.

16.07.03. Środa

Zasięgnęliśmy ze Sławkiem języka w Interregionie. Okazuje się, że w tym roku wysyłają oni załogi dopiero 29 lipca, bo opóźnił się ponoć wysyp jagód. Ja planowałem wyjazd na dwudziestego drugiego, ale w tej sytuacji będę musiał się trochę wstrzymać. Dla pewności poleciłem Andrzejowi (nie znam angielskiego) aby wykonał telefon na kemping do Storuman i dowiedział się czegoś konkretnego. Okazało się, że na razie skupują jutron (odmiana malin), zaś skup jagód planują rozpocząć dopiero za tydzień.

Zgłaszają się potencjalni kandydaci do wyjazdu, ale żaden na razie nie wyszedł poza wstępne rozmowy.

18.07.03. Piątek

Dość długo szukałem kaloszy. Wiele sklepów ogrodniczych w ogóle nie prowadzi tego asortymentu, w innych zaś trudno dostać właściwy rozmiar. Nieco lepiej jest w sklepach wędkarskich. Właściwy rozmiar udało mi się kupić właśnie w tego rodzaju placówce handlowej. Przy okazji, chodząc ulicami Wrzeszcza, odkryłem dwa nowe sklepy mięsne. Oba należą do wielkopolskiego potentata Henryka Stokłosy. Widać pan senator rozpoczął ekspansję na północ.

Chyba już mam czwartego członka załogi (pewność będę miał po wpłynięciu na konto pieniędzy na prom i paliwo). Jest nim 25-letni Paweł B. z Krakowa. Nic więcej o nim nie wiem.

Sławkowi brakuje zarówno kasy, jak i pewnych osób do wyjazdu. Z tym pierwszym problemem — wbrew wcześniejszym postanowieniom - obiecałem mu pomóc się uporać. Ostatecznie te dwieście złotych mogę mu pożyczyć. Może uda mi się też kogoś mu podesłać. On sam ma co prawda „na oku” jakieś dwie kobiety, ale nie do końca zdecydowane.

20.07.03. Niedziela

Paweł B. wysłał co prawda pieniądze na poczet kosztów podróży, ale zanim do mnie dotarły, zrezygnował z wyjazdu. Powiadomił mnie o tym wczoraj telefonicznie. Rezygnację uzasadniał brakiem możliwości zebrania pieniędzy na zakup koron. Swoją drogą tegoroczny wyjazd już na samym wstępie niesie ze sobą zbyt wiele komplikacji.

Kolejnym kandydatem do mojej ekipy jest Artur z Opoczna. Czy pojedzie? Czas pokaże. Chętna jest też koleżanka Andrzeja, ale musi wpierw przekonać rodziców. Tak czy owak, ja już podjąłem decyzję, że wyjazd nastąpi 28 lipca, niezależnie od zebrania kompletnej załogi.

23.07.03. Środa

Artur K. przysłał pieniądze i jest, jak na razie, pewnym członkiem mojej ekipy. Dowiedziałem się, że ma 36 lat, w czerwcu się rozwiódł i nie ma dzieci. To wszystko co o nim wiem.

Od kilku dni uczę się pieczenia chleba. Za pierwszym razem mój wypiek przypominał bardziej babkę drożdżową niż chleb. Wczoraj natomiast dałem zbyt mało soli do ciasta i nieco przypaliłem spód. Dzisiaj niby wszystko wyszło jak należy, ale nie jestem zadowolony z kształtu bochenka. Przed włożeniem do piekarnika był bowiem solidnie wyrośnięty. Po upieczeniu okazało się jednak, że jego grubość wynosi zaledwie 5 centymetrów. Najważniejsze jednak, że smakuje wyśmienicie. Do ciasta dodałem nieco miodu, majeranku i gotowanego ziemniaka. Dzięki temu ostatniemu ma ponoć dłużej zachowywać świeżość. A swoją drogą to domowe pieczenie chleba jest u nas nieopłacalne. Co innego w SzwecjiÉ

24.07.03. Czwartek

Bilety na prom mam już zarezerwowane. Kosztowało mnie to 482 zł (450 bilet powrotny plus 32 zł opłaty portowej od czterech osób). Niestety, w tym roku nie ma promocji polegającej na tym, że w rejsie powrotnym można skorzystać nocą z foteli. Teraz trzeba za nie płacić 32 zł od osoby. W ramach oszczędności zabukowałem więc powrót rejsem dziennym 16 września.

W ramach szeroko rozumianej profilaktyki Ela zaszczepiła nas przeciw tężcowi. Przydałaby się jeszcze szczepionka przeciw komarom, ale takiej chyba jeszcze nie wymyślono. Kupiłem więc kilka fiolek olejku migdałowego, którego zapach odstrasza te owady.

26.07.03. Sobota

Sławek nie znalazł nikogo do swojego składu. Poszedłem mu więc na rękę i do mojego biletu dopisałem Dankę. Nic mnie to nie kosztowało, gdyż i tak przecież miałem opłacony samochód i pięć osób. Dzięki temu Sławek mógł kupić bilet na samochód plus jedną osobę. Dało mu to 115 złotych oszczędności.

28.07.03 Poniedziałek

Wstałem za kwadrans piąta. Po śniadaniu (jajecznica) odwiozłem Elę do pracy. O 630 byłem już na dworcu we Wrzeszczu. Tu czekał już na mnie Artur. Nieopodal, w polonezie, siedzieli Sławek z Danką. Bez zwłoki wyruszyliśmy więc w kierunku Gdyni.

Prom odpłynął punktualnie. Jednak odprawa w Karlskronie, aczkolwiek bardzo pobieżna w porównaniu z ubiegłym rokiem, przeciągnęła się do 2230.

29.07.03. Wtorek

Droga do Sztokholmu była dla mnie bardzo męcząca. Nie lubię bowiem jazdy w nocy. Poza tym padał deszcz i chciało mi się spać. Na leśnym parkingu zdrzemnąłem się przez niespełna półtorej godziny. Miałem chęć pospać do wschodu słońca, ale Sławek chciał jechać dalej i bezceremonialnie mnie obudził. Pojechaliśmy zatem, ale już wkrótce Sławek został gdzieś w tyle i do tej pory go nie widzę.

Do Storuman dojechaliśmy o godzinie dziewiętnastej. Niestety, marzenie o rychłym rozbiciu namiotu i wyciągnięciu zmęczonych kości pękło niczym bańka mydlana. W recepcji kempingu poinformowano nas bowiem, że nie ma ani jednego wolnego miejsca (podejrzewam, że wszystkie zarezerwował „Interregion”). Drugą złą wiadomością była informacja o tym, że rozpoczęcie skupu jagód przesunęło się o kolejny tydzień. Na razie skupowany jest tylko hjortron (malina moroszka).

Szczęście nie do końca nas jednak opuściło. Po niepełna godzinie udało nam się rozbić namiot na podwórku jednego z mieszkańców cypla wcinającego się w jezioro Storuman. Gościnny Szwed pozwolił nie tylko na rozbicie namiotu, ale też udostępnił pomieszczenie (szopa ze sprzętem żeglarskim), w którym była kuchenka elektryczna, mikrofalówka, lodówka, chłodziarka, zmywarka do naczyń, piec chlebowy, sauna i prysznic. Powiem więcej, mogliśmy z tego wszystkiego korzystać bez ograniczeń i za darmo. Ba, Björn Ferry pozwolił nam korzystać z toalety we własnym mieszkaniu.

30.07.03. Środa

Pospaliśmy sobie dziś do wpół do dziesiątej, ale usprawiedliwia nas długa i męcząca podróż. Następnie wyjechaliśmy w okolice Skarvsjöby na poszukiwanie hjortronu. Niestety, efekty były mizerne: 1,4 kilograma na czterech. Równie śmieszny był zarobek w wysokości 86 koron.

Podobno za kilka dni mają być miejsca na polu namiotowym. Oby, bo przecież nie można w nieskończoność korzystać z czyjejś gościnności.

Sławek odnalazł się. Przyjechał wczoraj po północy. Ba, zdołał jakimś cudem zakwaterować się na kempingu. Jest na mnie obrażony. Uważa, że jako dobry przyjaciel powinienem był czekać na niego na trasie.. Być może, ale niańką też nie jestem. Andrzej, który jak zwykle stara się mnie wypunktować, również jest zdania, że powinienem czekać na Sławka. Wczoraj miał mi za złe, że nie przewidziałem konieczności rezerwacji kempingu. To akurat się zgadza, ale nikt przecież nie jest wszechwiedzący.

31.07. Czwartek

Moroszka jest bardzo podobna do polskiej maliny, ale ma żółty kolor i rośnie tuż przy ziemi. Występuje na podmokłych terenach wokół jezior, rzek, na bagnach i na niektórych górach. Zwana jest czasami złotem Laponii, ale chyba nie ze względu na smak, lecz na cenę. W skupach płacą aktualnie 60 SEK za kilogram tego owocu. Jednak uzbieranie kilograma to prawdziwa droga przez mękę dla początkującego zbieracza. Hjortronu nie jest tak dużo jak na przykład jagód i znalezienie odpowiedniej polanki bywa nieraz bardzo trudne.

Dzisiaj zebrałem 2,14 kg. Zajęło mi to sześć godzin. Pewnie zebrałbym więcej, ale około czternastej rozpętała się gwałtowna burza z piorunami. Przemokłem w okamgnieniu, podobnie jak reszta mojej załogi. Wróciliśmy więc wcześniej do namiotu. Skutki nawałnicy w postaci połamanych i wyrwanych z korzeniami drzew widać było na całej niemal drodze.

Z SMS-a od Eli dowiedziałem się, że ktoś nam obrzucił okna jajkami. Podobne zdarzenie miało już miejsce mniej więcej przed rokiem. Nie wiem, co to ma znaczyć: przypadek czy czyjaś zemsta? Być może Andrzej komuś się naraził?

 

01.08.03. Piątek

Szwedzi bardzo dbają o stan dróg. Dlatego prawie na okrągło je remontują. Ma to jednak również swoje złe strony. Przekonałem się o tym, gdy na remontowanym właśnie odcinku drogi nr 45 spod koła przejeżdżającej ciężarówki wyprysnął kamień i uderzył prosto w maskę mojej sieny, powodując odprysk lakieru i wyraźne wgniecenie. (w ub. roku w podobnych okolicznościach skrzywiła mi się felga).

Moroszka, jak już wspomniałem, rośnie tuż przy ziemi. Aby ją zbierać trzeba zatem w nieskończoność kłaniać się szwedzkiej ziemi. Dziś uczyniłem to na pewno kilka tysięcy razy, schylając się po 3,10 kilograma hjortronu.. Lepszy ode mnie był tylko Artur, który zakończył dzień wynikiem 4,6 kg. Piotrek z Andrzejem mieli po około 2,5 kg.

Nieźle idzie zbieranie Sławkowi i Dance. Za to prześladuje ich pech z samochodem. Najpierw były kłopoty z akumulatorem, a ostatnio musieli kleić przeciekający zbiornik paliwa.

Niestety, nie potrafię rozmawiać z Andrzejem. Każda drobnostka może być iskrą rozniecającą duży ogień. Nie chcę tego, a jednak wybucham. Ciekawe, czy jesteśmy tak podobni do siebie czy też nasze charaktery diametralnie się różnią? Tym razem poszło o rozsypany cukier. Ot, błahostka.

U naszego gościnnego gospodarza zostaniemy najprawdopodobniej do poniedziałku. Później przeprowadzimy się na oddalony o około pół kilometra kemping.

Najtańszy chleb w Storuman kosztuje w tym roku 13 koron za 700 gram. Jeden bochenek wystarcza mi na dwa dni.

02.08.03. Sobota

Wczoraj wieczorem znów przeszła burza. Tym razem zastała nas w namiocie. Obawiałem się, że silne podmuchy wiatru przewrócą go, ale jednak wytrzymał. Potem deszcz padał prawie do rana. Najważniejsze, że namiot nie przecieka (nie licząc przedsionka).

Zbieranie moroszki to nie tylko częste schylanie się. Trzeba również nieźle się nachodzić. Dzisiaj „spacerowałem” po mokradłach przez osiem godzin i uzbierałem tylko 1,3 kg. Pocieszam się, że chociaż na razie nie zarabiam tyle ile bym chciał, to na pewno tracę zbędne kilogramy. A mówiąc poważnie, to wciąż nie potrafimy znaleźć odpowiedniego miejsca. Skoro inne ekipy przywożą po 10 i więcej kilogramów to znaczy, że jeszcze nie wszystko jest wyzbierane.

Chwilami wydaje mi się, że wszystkie komary z północnej Szwecji urządziły sobie poligon na moim karku i uszach. Nic nie robią sobie z olejku migdałowego, który miał je odstraszać. Zapach potu jest bardziej intensywny i to je przyciąga.

03.08.03. Niedziela

Dzisiaj udaliśmy się w okolice Laisb‚ck, około 20 kilometrów na północ od Storuman. Jednak również na tych terenach byli wcześniej inni zbieracze. Idąc ich śladem zebrałem 1,6 kg resztek. Chłopcy jeszcze mniej.

Niedzielne popołudnie. Szwedzkie rodziny biesiadują przy ustawionych na równo przyciętych trawnikach stołach. My zaś koczujemy pod płachtą namiotu i chłepczemy chińskie zupki. „Jest super!” — jak śpiewa Muniek Staszczyk.

04.08.03.Poniedziałek.

Przeprowadziliśmy się na kemping. Tu od razu można poczuć się jak w Polsce. Polska obsługa w recepcji, polskie polonezy, duże fiaty i wszelkie odmiany polszczyzny dające się słyszeć z gęsto ustawionych namiotów. Oczywiście trudno tu szukać języka literackiego. Jeżeli już do czegoś porównywać te monologi i dialogi, to chyba do stylistyki pisma „Nie”.

Nadal nie możemy trafić na dobre miejsce do zbioru moroszki. Na szczęście już niedługo rusza skup jagód.

Coś niepokojącego dzieje się z układem wydechowym mojego samochodu. Czyżbym uderzył tłumikiem w jakiś kamień? A może rura wydechowa skorodowała? W każdym razie hałas jest duży i działa mi drażniąco na nerwy.

05.08.03 Wtorek

Okazuje się, że jest wiele sposobów na powiększenie wagi zebranej moroszki, począwszy od najbardziej trywialnego, czyli dolewania wody, na mieszaniu malin z kisielem lub galaretką skończywszy. Można też zbierać niedojrzałe owoce, które po kilku dniach przechowywania w namiocie nabierają odpowiedniego koloru i miękkości.

Dzisiaj miałem najlepszy z dotychczasowych zbiorów. Zarobiłem 256 koron. Jest to jednak zaledwie jedna czwarta zarobków, jakie osiągają doświadczeni zbieracze.

Na kempingu życie wre niemal przez cały czas. Ledwie ucichną po północy ostatnie rozbawione głosy, a już po czwartej wstają pierwsi zbieracze runa.

Zabolała mnie nielojalność Andrzeja, który chce zmienić załogę, tzn. jeździć ze Sławkiem. Powiedziałem mu, że jest dorosły i może sam podejmować decyzje. Zaznaczyłem jednak, że jeżeli zdecyduje się jeździć w innym składzie, to będzie też musiał opuścić mój namiot. Odłączenie się od macierzystej ekipy niesie bowiem ze sobą również takie konsekwencje. Mam nadzieję, że jednak do tego nie dojdzie.

Spaliśmy zaledwie jedną noc na kempingu, gdy przyszła pani Krysia z recepcji i powiedziała, że zajmujemy miejsce dla przyczep kempingowych. Poleciła nam natychmiast przenieść namiot w inne miejsce. Paradoksem jest, że ona sama wcześniej pozwoliła nam się tu rozbić.

06.08.03. Środa

Ósmy dzień zbierania. Chyba przyszedł jakiś kryzys. Ja zapomniałem rano się ogolić i nie zabrałem ze sobą dokumentów. Piotrek zostawił plecak z jedzeniem i piciem. Andrzej zaś w ogóle nie pojechał na zbiór, gdyż skarżył się na ból głowy. Na domiar złego podczas wczorajszej przeprowadzki wylała mi się litrowa butelka oleju. Pal diabli olej, ale przy okazji zalały się w worku lekarstwa, herbata, cukier i aparat fotograficzny. Gdy rano ujrzałem ten obraz nędzy i rozpaczy nie odmówiłem sobie głośnego i soczystego „Kurwa mać!” Ostatecznie nie jestem świętym i w uzasadnionych przypadkach potrafię i lubię sobie rzucić „mięsem.”

07.08.03. Czwartek

Kolejny rekord. Zebrałem pięć kilogramów hjortronu i zarobiłem 375 koron (cena skupu wzrosła do 75 SEK/kg). Aby zarobić tyle na jagodach musiałbym — przy obecnych cenach skupu — zebrać ich ponad 53 kilogramy.

Andrzej nie wyjeżdża już drugi dzień. Nie wiem na ile jest to spowodowane chorobą, a na ile lenistwem. No cóż, ostatecznie pracuje dla siebie i można rzec, że jak sobie pościele tak się wyśpi. O wiele bardziej niepokoi mnie to, że Sławek usiłuje przyciągnąć do swojej załogi nie tylko mojego syna, ale i Artura. Aż takiej bezczelności nie spodziewałem się po nim. To jest po prostu świństwo!

Od wczoraj nie ma prądu w kuchni. Tym samym brak możliwości zrobienia sobie ciepłego jedzenia i picia. Za co oni biorą te 25 koron od osoby na dobę?

Na półtorakilometrowym odcinku leśnej przecinki, od drogi do jeziora, ktoś ustawił kładkę. Wykonana jest ona z pociętych podkładów kolejowych oraz kantówek o wymiarach 15x5x300 cm. W naszych lasach taka konstrukcja nie postałaby chyba nawet tygodnia.

08.08.03. Piątek

Dziesiąty dzień zbierania moroszki. Dzisiaj pobiłem swój wczorajszy rekord rezultatem 5,9 kg. Tym samym zarobiłem ok. 220 PLN (443SEK). Nadal jednak nie mogę dogonić Artura, który zebrał 9,4 kg.

Noce stają się coraz chłodniejsze. Dobrze, że oprócz śpiwora zabrałem ze sobą również koc.

Kuchnia była nieczynna przez dwa dni z powodu awarii zasilania. Teraz też jest jakiś „słaby” prąd. Dzisiaj gotowałem ryż przez blisko półtorej godziny, a wodę w czajniku przez godzinę. Tak na dobrą sprawę, to tylko jeden palnik działa jako tako. Do niego też ustawiają się największe kolejki. Można co prawda gotować też w „starej” kuchni, ale tam niemal non stop piecze się chleb i jest strasznie gorąco.

09.08.03. Sobota

Niedaleko naszego namiotu do trzeciej nad ranem trwała libacja alkoholowa. Bawili się górale z nowosądeckiego. Jestem zły i niewyspany.

Po raz trzeci z rzędu przeczesywałem to samo pole (23 kilometry drogą 45 na Wilhelminę, półtora kilometra kładką i ponad godzinę marszu brzegiem jeziora). Nachodziłem się dwa razy więcej niż wczoraj, a zebrałem tylko 3,5 kg hjortronu. Piotrek z Arturem byli na innym polu i zebrali odpowiednio: 9,6 i 7,8 kg. Jedynie Andrzej nie zebrał nawet kilograma.

Pochlebiam sobie, że mam niezłą kondycję, ale i mnie daje się we znaki ból pleców, o odciskach na nogach nie wspominając.

Na „polskim” skupie (powiewa tam nasza flaga) od czasu do czasu rozdawane jest piwo „Bruksöl”. Jest to forma zachęty dla zbieraczy, aby sprzedawali urobek właśnie tu, a nie w konkurencyjnym skupie na terenie kempingu.

Zupki chińskie i ryż z resztkami konserwy mięsnej nie zastępują prawdziwych obiadów. Na widok smażonych ryb przyrządzanych przez sąsiadkę z pola namiotowego ślinka cieknie, a grdyka porusza się samoczynnie.

10.08.03.Niedziela

Od dawien dawna wiadomo, że siódmy dzień tygodnia jest dniem wypoczynku, ale nie dla „jagodziarzy”. Wstaliśmy, jak zwykle, o godzinie szóstej i pojechaliśmy szukać jagód. Najpierw udaliśmy się na stok narciarski w Storuman. Jednak tutaj, oprócz wspaniałej panoramy na okoliczne lasy i jeziora oraz wyciąg krzesełkowy, nie było nic do zbierania.

Nieco jagód znaleźliśmy 10 kilometrów na północ od Storuman, przy drodze E-12. Do jedenastej zebrałem 7,3 kg. Potem zrobiliśmy sobie dzień gospodarczy, czyli pranie i czyszczenie garderoby. Przepierki dokonywaliśmy metodą króla Ćwieczka, czyli w dwóch wiadrach: jednym do prania, drugim do płukania.. Można, oczywiście, skorzystać z kempingowej pralki automatycznej, ale tam za każdy „wsad” trzeba zapłacić 35 koron.

Andrzej zarabia najmniej, wydaje zaś najwięcej. Kupuje np. papierosy „LM” po 25 SEK za paczkę. Czy on nigdy nie nauczy się oszczędności?

Po wczorajszej zimnej nocy dzień był bardzo upalny.

11.08.03. Poniedziałek

Sporo osób opuszcza Storuman i wraca do kraju. Są to głównie ci, którzy przez ostatnie trzy tygodnie zbierali hjortron. Niektórzy zarobili w tym czasie nawet po 10 tysięcy złotych. Nic dziwnego, że nie chce im się zbierać jagód po cenie 10-krotnie niższej niż za moroszkę. Wciąż jednak napływają nowi ludzie z całej Polski. Dla wielu z nich to jedyna możliwość zarobienia paru złotych.

Sławek już po raz drugi w ostatnich dniach wyciągnął rękę do zgody. Poprzednio zignorowałem go, gdyż osad żalu i niechęci zalegał we mnie grubą warstwą. Tym razem jednak przełamałem się. Z tej okazji wypiliśmy po trzy piwa „Bruksöl” (3,5% alkoholu). Umówiliśmy się też na wspólny wyjazd w poszukiwaniu hjortronu.

 Irek

 

 Andrzej

 

12.08.03. Wtorek

Wstaliśmy o piątej. Po śniadaniu wyruszyliśmy do Norwegii. Sześć osób w jednym samochodzie!. Zatrzymaliśmy się tuż za granicą, na 168 kilometrze od Storuman. To, co tutaj ujrzałem, przeszło wszelkie moje wyobrażenie na temat moroszki. Na niewielkiej polanie, około 50x60 metrów, zobaczyłem istny dywan czerwonych i żółtych malin. Przez 6,5 godziny zebrałem 12,5 kilograma. Zarobiłem 938 koron!. A jakie przy tym miałem widoki... Ośnieżone szczyty gór, w dolinach szemrzące rzeczki i majestatyczne jeziora. Wprost bajkowa sceneria i jak najbardziej prawdziwe stada reniferów.


Moroszka i zaśnieżone szczyty
 

13.08.03. Środa

Przez całą noc i prawie cały dzień padało. Deszcz był na tyle obfity, że zaczęły przeciekać ścianki namiotu, a w przedsionku utworzyła się pokaźna kałuża.

Po raz pierwszy nie wyjechaliśmy na zbiory. Większość pozostałych zbieraczy też została na kempingu. Pijemy ze Sławkiem piwo. Tym razem jest to „Banco Guld” po 23 korony za „sześciopak” (minus 3 korony kaucji za puszki).

Wysłałem kartki do teściowej i do matki. Razem wyszło 34 korony. Chłopcy wysyłają e-maile i SMS-y z kawiarenki internetowej.

Miejsce występowania hjortronu w Norwegii wskazał Sławkowi rodak z Grudziądza. Uczynił to jednak nie bezinteresownie, ale dlatego, że sam z kolegami jeździł tam samochodem Sławka. Z poprzednim kierowcą rozstał się bowiem po jakiejś awanturze. Teraz, kiedy zauważył, że my również jeździmy w te same góry, opieprzył Sławka, sugerując „możliwość powrotu do kraju z przebitymi oponami”. Po raz kolejny potwierdza się stara prawda, że gdy w grę wchodzą pieniądze, to Polak Polakowi za granicą potrafi być wilkiem.

14.08.03.Czwartek

Znów deszcz. Mimo to o 930 ponownie pojechaliśmy za norweską granicę (o ile to można nazwać granicą). Przez cztery godziny zebrałem 6,7 kilograma malin i zarobiłem 503 korony. Wróciliśmy przed dwudziestą. W Storuman pada jeszcze bardziej niż rano. Tymczasem Ela przysłała SMS-A z wiadomością, że w Gdańsku jest 30o C upału.

15.08.03. Piątek

Z powodu ulewnego deszczu znów nie pojechaliśmy na zbiór moroszki. Główna komora namiotu jakoś wytrzymuje, ale przedsionek tradycyjnie już pływa w wodzie.

Aresztowano kilku Polaków z naszego kempingu. Przyszedł im bowiem do głów pomysł obrabowania automatu z pieniędzmi na stacji benzynowej w Tärnaby. Czyżby wyobrażali sobie, że szwedzkie kamery są jedynie atrapami?

Dziś mija rocznica mojego pierwszego przyjazdu do Storuman. Z kolei dwa lata temu w tym dniu opuszczałem Pragę. W kościele katolickim obchodzone jest dziś święto Wniebowzięcia N.M.P., w moich rodzinnych stronach zwane świętem Matki Boskiej Zielnej. Jest to też rocznica „cudu nad Wisłą”.

Skleiłem rurę wydechową i podwiązałem ją drutem. Może teraz nie odpadnie, ale bez spawania i tak się nie obejdzie.

16.08.03. Sobota

Wreszcie jest sucho. Słońce w Norwegii nawet nieźle przypieka. Dziś przejechaliśmy norweską granicę już przed ósmą. Przez ponad godzinę wspinałem się na potężną górę. Wreszcie, gdzieś w połowie zbocza, znalazłem hjortron. Polanka nie była duża, toteż już po czterech godzinach ogołociłem ją z malin. Potem jeszcze przez godzinę zbierałem tu i ówdzie. Zebrałem łącznie 8,7 kg i zarobiłem 656 SEK.

W trakcie zbierania spotkałem na stoku grupę Norwegów, którzy — w odróżnieniu od Szwedów — nie wzbraniają się przed własnoręcznym zbiorem runa leśnego.

Od piętnastej do siedemnastej wygrzewałem się w słońcu, oczekując na powrót pozostałej piątki (nadal łamię przepisy ii jeżdżę w 6 osób).

Po powrocie na kemping wychłeptałem chińską zupkę (pikantną jak wszyscy diabli) i raczyłem się piwem „Falcon”, choć właściwiej byłoby powiedzieć: napojem przeczyszczającym nerki, bo alkoholu jest w nim tyle co kot napłakał.

17.08.03. Niedziela

Po raz czwarty wyruszyliśmy na „podbój” Norwegii. Doskwiera mi już nieco codzienne długie siedzenie za kierownicą (ok. 4 godzin w obie strony), lecz osiągany zarobek w pełni rekompensuje tę niedogodność. Dzisiaj p9oszło mi nieco gorzej niż wczoraj, ale i tak zarobiłem ok. 250 złotych. Chyba nieźle, zważywszy na fakt, iż chodziłem po stoku góry tylko sześć godzin.

Banany w Storuman kosztują 15,90 koron za kilogram, zaś w Tärnaby tylko 10,90. Ciekawostką jest to, że oba sklepy należą do tej samej sieci „Konsum”. Wymienione miasta dzieli odległość 127 kilometrów. Tak na marginesie, owe banany to pierwsze owoce jakie jadłem od ponad trzech tygodni.

18.08.03. Poniedziałek

Zbierałem dzisiaj moroszkę metodą „Tugarstki”, tzn. tu garstka, tam garstkaÉ Mówiąc poważnie, nie znalazłem żadnej polany, na której by rosło więcej malin. W efekcie zebrałem tylko 2,4 kg. Cóż, porażki też należy wkalkulować w ogólny bilans. Inna sprawa, że nie podnoszą one człowieka na duchu. A tak w ogóle to myśli coraz częściej krążą wokół kraju i domu. Dziś właśnie mija trzeci tydzień od wyjazdu. Jest to tym samym najdłuższy z moich wojaży zagranicznych.

Szum górskich strumyków zakłócają dzwonki owiec i krów, które w tych stronach puszczane są samopas (w szkodę nie wejdą, bo pół uprawnych trudno tu szukać). Od czasu do czasu w bezpiecznej odległości od człowieka przemaszeruje stadko reniferów. Niektóre z nich również mają dzwonki.

19.08.03. Wtorek

Ostatniej nocy miałem okazję po raz pierwszy w życiu oglądać zorzę polarną. Wspaniałe zjawisko przyrody. Zrobiłem zdjęcia, ale na pewno nie oddadzą one całego piękna zorzy, jej barw, spiralnych ruchów, wręcz nieziemskiej poświaty.

Ostatnio słońce zachodzi w Storuman już przed 21. Przed trzema tygodniami zachodziło o 2145., a widno było jeszcze ponad godzinę. Obawiam się, że jeżeli dzień będzie się skracał w tym tempie, a my będziemy wracać ze zbiorów późno, to nigdy nie skończę czytać „Psich lat” Güntera Grass, które zabrałem na ten wyjazd.

Wczoraj Artur pobił mój rekord sprzedając 17 kg moroszki (w tym 3 litry wody, ale to już jest niemal norma). Dzisiaj natomiast Piotrek sprzedał ponad 13 kg i zepchnął mnie na trzecie miejsce.

20.08.03. Środa

Deszcz leje niemal bez przerwy. Siedzimy więc znowu w namiocie, w samochodzie, kuchni i gdzie kto może. Sprzedałem w automacie kilkanaście puszek po piwie, wysłałem z bezpłatnej kawiarenki internetowej SMS-a do Eli, ugotowałem ryż z przysmakiem śniadaniowym, przygotowałem galaretki na deser, przeczytałem kilkadziesiąt stron „Psich lat”. Wypiłem jedno piwo, jedną kawę. W sumie cały dzień kompletnej niemal bezczynności.

Sławek ma kolejną awarię. Tym razem nawalił mu rozrusznik. Grzebał się przy nim przez parę godzin, nie zważając na deszcz.. Jego partnerka twierdzi, że zarobili dopiero na koszty. Dziwne, gdyż my mieliśmy podobne wydatki, które już dawno nam się zwróciły i obecnie mamy pokaźny zysk.

21.08.03 Czwartek

Na pograniczu szwedzko-norweskim znów uśmiechnęło się do mnie szczęście. Znalazłem polanę, na której w pięć i pół godziny zebrałem pełne wiadro malin. Mało tego, w drodze do samochodu znalazłem kolejną, pełną dojrzałej moroszki, polankę.. Może jutro ją odnajdę/

Moi synowie wraz z Arturem coraz głośniej przebąkują o wcześniejszym niż planowany powrocie do kraju. Na zbieranie jagód i borówek nie mają specjalnej ochoty. Natomiast Sławek z Danką planują pozostać „do oporu”, czyli aż do zamknięcia punktów skupu. Jak będzie naprawdę, czas pokaże. Ja sam jeszcze nie jestem zdecydowany co do terminu powrotu.

Ela kończy dzisiaj 43 lata, a ja, fujara, zapomniałem we wczorajszym SMS-ie złożyć jej życzeń. Teraz nie wiadomo kiedy będę miał okazję. Wracamy przecież późno, a biblioteka udostępniająca Internet jest czynna tylko do piętnastej.

22.08.03. Piątek

Pierwszy raz w życiu zabrakło mi paliwa w samochodzie. Zdarzyło się to 15 kilometrów przed stacją benzynową. Wyliczając poziom rezerwy nie uwzględniłem nadmiernego obciążenia (6 osób plus bagaż) i awarii układu wydechowego. Do tego jechałem najczęściej z prędkością sięgającą 120 km/h. Miałem jednak szczęście, gdyż już po minucie zatrzymał się jakiś samochód. Andrzej poprosił kierowcę o podwiezienie na stację, gdyż chciał przywieźć benzynę w plastikowej butelce po jakimś napoju. Tymczasem Szwed otworzył bagażnik swojego pojazdu. Następnie wyjął z niego kanister paliwa i wlał nam do baku około trzech litrów. Nie chciał wziąć za to nawet przysłowiowego öre. Po raz kolejny więc doświadczyliśmy szwedzkiej uprzejmości i uczynności.

Chodziłem dzisiaj po górach przez 8,5 godziny, z czego tylko trzy godziny zbierałem moroszkę. Efekt był jednak niezły: 10 kg (w tym 1,5 litra wody).

23.08.03. Sobota

Nie mówię o tym głośno, ale odczuwam już znużenie. Może nie tyle samym zbieraniem moroszki, co wynikającą z niego monotonią. Codzienne wstawanie o piątej, dwugodzinny dojazd, długi marsz po wertepach, zbieranie i powrót z pełnym wiadrem, znowu długa jazda, sprzedaż zbiorów, kolacja i spanie. To musi się kiedyś znudzić. Na szczęście pieniądze są na razie skuteczną motywacją.

Zrobiliśmy sobie dziś ucztę. Za 20 koron kupiliśmy kilogram udek z kurczaka. Upiekliśmy je w piekarniku i zjedliśmy z ryżem. Pierwsze gorące mięso od blisko czterech tygodni!

24.08.03. Niedziela

Andrzej nie ukrywa swojego zmęczenia i chęci wcześniejszego powrotu do domu, choć oficjalnie twierdzi, iż chce zdążyć na rozpoczęcie roku szkolnego. Wczoraj był tak zdeterminowany, iż natychmiast chciał jechać do Polski z przygodnie poznanymi ludźmi. Nie mogłem się na to zgodzić, więc zdecydowałem, że wszyscy wrócimy nieco wcześniej niż planowaliśmy. Najprawdopodobniej ze Storuman wyjedziemy w środę. W czwartek zwiedzimy Sztokholm, a w piątek wsiądziemy na prom.

Automat na stacji paliwowej „zjadł” dziś Andrzejowi 100 koron. Miałem chwilę złośliwej satysfakcji, że i w akuratnej Szwecji zdarzają się popsute urządzenia. A może to Polacy popsuli automat?

25.08.03. Poniedziałek

Dzwoniłem do „Stena Line” w sprawie przebudowania biletu. Okazało się, że na piątek nie ma już miejsc. Wobec tego zdecydowałem się na rejs w czwartek.

Dziś ostatni dzień zbiorów. Norwegia pożegnała nas zimnym deszczem. Woda wlewała się do butów po spodniach, a palce mieliśmy tak zgrabiałe, że zgniataliśmy mimowolnie maliny. Ostatnią moroszkę w tym roku zerwałem o godzinie 1430.

Andrzej już dziś zrobił sobie wolne i nie pojechał z nami. Tym samym jechaliśmy wreszcie zgodnie z przepisami, w pięć osób.

26.08.03. Wtorek

Ze Storuman wyjechaliśmy parę minut po dziewiątej. Wcześniej pożegnaliśmy się ze Sławkiem i Danką. Zostawiliśmy ich z kolejnym problemem samochodowym. Tym razem padł jakiś automat do rozrusznika. Sławków polonez odpala więc tylko na pych.

Jechaliśmy przez Wilhelminę i Asele w kierunku Sztokholmu. W Sundsvall widzieliśmy młodą Polkę na rowerze. Jechała autostradą (niezgodnie z przepisami) z biało-czerwoną chorągiewką przyczepioną do plecaka.

W środkowej Szwecji trwają żniwa. U nas już pewnie wszystkie zboża znikły z pól.

Na nocleg rozbiliśmy się około 50 kilometrów przed stolicą Szwecji. Tym razem namiot rozstawiliśmy w całkowicie odludnym miejscu. Próba uzyskania zgody na biwak w pobliżu jakiegoś domu zakończyła się fiaskiem.

27.08.03. Środa

Deszczowa jesień chyba już na dobre zagościła w Szwecji. Padało całą noc i nadal pada. Nie wiem jak będzie z planowanym zwiedzaniem Sztokholmu. Na razie siedzę w samochodzie i robię różne podsumowania. Wynika z nich, że łącznie zarobiłem 9 431, 50 koron, zebrałem 125 kg moroszki i 22 kg jagód. W czasie pobytu w Szwecji wydałem 511 koron, z czego 189 na pieczywo. Reszta wydatków to piwo, kartki, pomidory, banany i karta telefoniczna. Aha, była jeszcze zbieraczka do jagód, która kosztowała mnie 50 koron. Dokładną kwotę wydatków na paliwo będę znał dopiero po zakończeniu podróży, ale na pewno nie przekroczą one pięciuset koron. Przejechane kilometry zamkną się sumą ponad siedmiu tysięcy. Trudno natomiast policzyć ile kilometrów pokonałem na własnych nogach. Pewne jest tylko to, że dzięki intensywnemu chodzeniu moje zasoby tłuszczu znacznie zmalały.

Przed jedenastą dotarliśmy do Sztokholmu. Pogoda nieco się poprawiła. Za przyjemność pozostawienia samochodu w centrum miasta trzeba płacić 12 koron za godzinę (Artur honorowo pokrył całość kosztów). Zaparkowałem w dzielnicy Kungsholmen.

Na bulwarze przy Rälambshovsleden rzucają się w oczy liczni amatorzy joggingu. Trudno też przeoczyć wszechobecnych turystów z Japonii, zwłaszcza dużo ich w okolicach Stadshuset. Trafiłem też na mityng związany z kampanią referendalną w sprawie zamiany korony na euro. W akcję popierania europejskiej waluty włączył się również premier Göran Person, którego portrety można znaleźć niemal na każdym przystanku tramwajowym.

Całkowicie przypadkowo udało mi się dojść do miejsc, w których byłem w ubiegłym roku. Myślę o okolicach WTC i dworca centralnego. Poza tym zwiedziłem pobieżnie dwie dzielnice. Na tej podstawie mogę powiedzieć, że Sztokholm to miasto parków, placów zabaw dla dzieci i licznych ścieżek rowerowych. Nad miastem lata też niespotykana gdzie indziej duża ilość samolotów. Nie brak też, podobnie jak u nas, bezdomnych. Osobiście trochę mnie to dziwi, no bo Szwecja przecież słynie z wysokiego standardu socjalnego.

 

 
 

28.08.03. Czwartek

Do Karlskrony dojechaliśmy około północy. Noc spędziliśmy w samochodzie. Było dość chłodno, nie mówiąc o braku wygody.

Prom z Gdyni przypłynął dopiero o wpół do jedenastej, a Karlskronę opuścił w południe. Niemal trzy godziny opóźnienia, za które nikt nie raczył przeprosić pasażerów. Podobno dzień wcześniej był sztorm na Bałtyku.

Trzecia doba bez ciepłego jedzenia i picia. Na promie z prawdziwą przyjemnością wypijam kawę z ekspresu za jedyne 5 złotych.

W Gdyni pobieżne sprawdzanie bagażnika i pytanie celnika o cel pobytu w Szwecji. Gdy odpowiadam, że byliśmy zbierać runo leśne, funkcjonariusz ożywia się i mówi: „ Aaa, praca! A ile koron przywozicie?” Odpowiadam, bagatelizując, że jakieś dwa, trzy tysiące. To mu wystarcza, gdyż dziękuje i poleca jechać. Ciekawe, co by było, gdybym powiedział prawdę?

O dwudziestej trzeciej docieramy do domu. Przygoda skończona.


Ireneusz Gębski
igebski@wp.pl

 


Irek Gębski, Spowiedź bezrobotnego

Relacje Ireneusza Gębskiego ukazały się w formie książkowej, w 2009 r.

 

2001 :: 2002 :: 2003 :: 2004 cz.1 :: 2004 cz.2